Nieważne. Już lepiej, spokojniej. Pod
namiotem, już mnie biorą, czyszczą, szyją, bandażują. Tu się dopiero
rozpakowują, a już pacjent i do tego ja. Rozglądam się. Wojskowi, zakonnice
biegają całe przejęte. Tego dnia, drugi raz na poświęconej ziemi.
Jasna... Nagle
rumor, tupanie. Niosą jakiegoś na noszach. Koło mnie. Ława! Przypięty pasami,
nagle wrzeszczy, rzuca kurwami, co jest? Przecież łeb rozbity, mózg na
wierzchu, martwy a tutaj...
Leżę. Nie boli, ale w ambulatorium Ława
dokazuje. Wszystko słyszę.
- On nie żyje, nie żyje!
- Nie żyje, nie żyje... – przedrzeźnia
Ława.
Potem znowu oni, między sobą.
- Może aparatura zepsuta?
- Jasne, kurwa, a gdzie puls, oddech,
zobacz, jakie źrenice! Przecież my go za trupa, tam w trawie jeszcze mózgu, co
mi tu?
- Mózg, mózg – śmieje się Ława, z
daleka, po głosie zupełny on, jasno i przytomnie. Za mądry to on nie jest, nie
był. I znowu oni.
- Jak mam go uśpić do zabiegu, skoro on
nie żyje? Trup! – złości się anestezjolog. Koło mnie chirurg leci, ręce w
górze, do zabiegu. Ledwie spojrzał. Tam wszyscy się drą, Ławę zakrzykują.
- Tu jest patolog potrzebny, sekcje mu
zróbcie. – Teraz jeszcze chirurg do kompletu. Ale zły! Co za słownictwo!
- Sekcję gimnastyczną – drze się Ława.
Wraca chirurg.
- Panie doktorze, co tam jest?
Bierze krzesełko, siada. Patrzy na mnie,
jakby szacował, czy skoro już się przygotował, mógłby chociaż mnie pokroić.
Wzdycha, ręce do kieszeni.
- Nic takiego. Nieżywy pacjent się
awanturuje. Obwiązali mu łeb i starczy. Po co mnie w ogóle wzywali, co tu do
roboty dla chirurga, jak on jednej czwartej mózgu nie ma, a kości w drzazgach.
Niech się drze. Może jak ożyje i będzie można go uśpić, uzupełnimy jakimś
plastikiem.
- Niech pan powie, dlaczego nie do
prawdziwego szpitala?
Patrzy na mnie obojętnie, ale nie o
rozkazach, tylko.
- Nikomu nie wolno opuszczać strefy.
Wyznaczyli takie koło. Otaczają wszystko. Coś się stało dzisiaj po południu. Jacyś
ludzie umarli, wyszli poza i umarli. Odcinają wszystko, nim sprawdzą, potwierdzą.
Ten mnie wyczuł, usłyszał? Tego jeszcze brakowało.
- Wiktor, jebany szczęściarzu! Ten młody,
ale mnie jebnął, no zabił, ale ja mu... Wiktor, trzymaj ze mną, bo inaczej... A
żywy stąd nie wyjdzie nikt! – podśpiewuje, skanduje, podśpiewuje – A żywy stąd nie
wyjdzie nikt!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz