Jestem zmęczony. To osiedle obce, rzadko
tutaj, w ogóle nie chodzę, bo po co? Za blokami same domki, aż hen. Ruszam drużką, skrót niby, bo tu dom niedobudowany. Fundament zarośnięty, jakieś
dechy, pryzmy jasnego żwiru. Plecami trę o siatkę, a i tak muszę wytrzepać
sandały. Jest dom seledynowy. Za nim w lewo faktycznie droga z widokiem na
cmentarz. Prosto, bez posterunków, barier, ale bezludna. Ledwie idę, żadnego
cienia. Cholera!
Nagle ona. Ręce w górze, na coś
wskazuje, zbliża się tanecznie. Bosa, biała ze słońca, aż oczy bolą.
- Żagle na niebie! Złote okręty... Jakie to piękne!
– Najwyżej trzydziestoletnia w jakimś uniesieniu.
Ona patrzy w niebo, to ja
próbuję minąć, przyspieszam, ale gdzież tam. Niby nieobecna, a drogę zabiega,
łapie za ramię. Palce wąskie, wysmukła, czarne włosy do ramion. Cofam się,
próbuję uwolnić ramię, ale ona wprost w oczy, z bliska. Pachnie jaśminem.
- Kąpałam się w chłodnej wodzie i zobaczyłam je w
lustrze. Mają trójkątne żagle i wiozą niezwykłe skarby – mówi spokojnie. Opuszcza
wzniesione ręce. - Jest noc, chodź do mnie, uczcimy święto ofiarowania, jak
pragniesz.
Przytrzymuję za przeguby, bo próbuje zdjąć sukienkę
przez głowę. Piersi wysokie, sutki sterczące ku mnie. Niby bezludzie, ale nagle
w ogródkach, w oknach twarze. Ciekawi, czują wydarzenie. Obcy szarpie kobietę.
Ona bosa, on w sandałach. Sensacja.
- Ta dziewczyna potrzebuje pomocy, czy ktoś wie
gdzie mieszka?
To znowu bezludzie, twarze znikają, zostają włosy,
potylice. Nikogo nie ma, wszyscy zajęcie, odrabiają lekcję z przeżycia. Ona
próbuje się uwolnić. Ja łagodnie, ona piszczy. Puszczam, a niech to, zaraz
zacznie wrzeszczeć, szalona.
Puszczona, przytula się ciałem, lgnie, drży, serce
serduszko.
- Już dobrze, mój kochany, już dobrze. – szepcze.
Muszę ją odprowadzić, przecież szalona. Piękna i
szalona. Biedna taka. Pytam, gdzie mieszka, kiwa głową, nagle zrezygnowana, pogodzona
z losem. Niedaleko, pokaże. Oczy wesołe teraz, jak dziewczynka, a pewnie ma
swoje trzydzieści lat. Taka świeża, jaśminem pachnąca, a szalona, że szkoda.
Pewnie się martwią o nią, biedną. Idziemy prawie w milczeniu. Tylko ona
cichutko: tędy, tędy...
Jakie to osiedle wielkie, same nowe domy, wszędzie
tynkują, ogradzają. Cmentarz się oddala, niknie za kolejnymi zakrętami. Piasek,
kurz a ta boso, zbyt śmiało a może szkło, kolec. Myśl, że może ją na ręce,
pewnie lekka, biedactwo. Samemu sobie w pysk tylko dać za takie myśli.
Wreszcie dom. Nowy, jeszcze nieogrodzony,
seledynowy. To my taką wyprawę, takimi labiryntami, ścieżkami po to, żeby
wrócić prawie w to miejsce. Patrzę w głąb drogi. Nie widzę teraz cmentarza
tylko tył jakiegoś sklepu. Ale zaraz ta działka, ten fundament. Pryzmy żwiru.
- Coś ci jest, źle się poczułeś, kochanie? – pyta.
- Co? Mnie?
Bierze za rękę, prowadzi ku drzwiom czarnym,
błyszczącym.
-
Chwilę posiedzisz, zrobię ci coś do picia,
uspokoisz się.
Tego już za wiele, ale wchodzę posłusznie. Od razu
salon. Parkiet lśni, meble w pakach, skrzynie, jedno krzesło na środku. Dom
pusty, nadzieja, że ktoś pomoże, zajmie się płonna. Może sąsiedzi, ale gdzież
tam. Przecież głowy odwrócone, włosy, potylice.
Kuchnia urządzona pięknie, same
jakości bez zbędnego przepychu. Siadam, ona zakrzątana, normalna, kroi cytrynę.
Odruchowo sięgam po magazyn leżący na stole. Odwracam, Kwartalnik Bellona.
Jeszcze dziwniej.
- Mam na imię Agnieszka – mówi znad dzbanka, znad
cytryny, znad krojenia mięty.
Próbuję oderwać wzrok, ale nie mogę.