czwartek, 17 września 2015

Lot ku Słońcu - Hej, dalej w las ciemny, straszliwy!

- Wracają, jak wyszli, we czwórkę. Nie, kogoś niosą – ogłasza.

- Kogoś niosą, ktoś ocalał!

Wiktor z Pawłem zbiegają do nich po stoku. Stuchlik trąbi w złożoną pięść.

- Tutututu!

- Idiota! – mówi jedna z tych jego bibliotekarek.

*  *  *
- Nic tam nie ma – Artur spokojny. W świetle ogniska widać, jak zmęczony.
Już rozumiem, ale ludzie opadają ich, szarpią.

– Co? Co?

Ci ledwie dyszą. Ten ocalony to upolowany jeleń. Już oprawiony, bez łba. Dlatego tak im zeszło. To niełatwe.

- Tam nic nie ma i nigdy nie było – powtarza Artur, chciwie pijąc wodę z podanej mu plastikowej butelki.

- Tylko las i las. Tam, gdzie Kolina, piaszczysta polana. Nic więcej. Nawet wykopaliśmy dziurę, bo się Robert uparł, ale tam nie było nigdy żadnego wybuchu, ani miasta. Nic.

Teraz szczegółowo, wszyscy naraz. Gwar. Stuchlik bierze mnie na bok, jakby chciał jakąś tajemnicę, ale on o jeleniu. To jego dzień, jego tryumf. Cuchnie krwią, ścierwem, flakami.

- Weźcie i się umyjcie – mówię.

- Z łuku, z mojego łuku! Stał, rozumiesz, o dziesięć metrów i patrzył, patrzył... Ja powoli, z namysłem, a chłopaków zamurowało. Tylko ja, rozumiesz, tak cicho, aż napiąłem do końca i prosto w serce. Najgorsze było to prucie, czyszczenie.


Chwali się, ale widzę, jak przeżywa, że jeszcze się trzęsie, jak cięciwa w jego łuku, gdy zwolnił zabójczą strzałę. W świetle ogniska jego oczy są czerwone, krwawe.

czwartek, 10 września 2015

Lot ku Słońcu - "Świt"

O tak, zwierzyny tutaj mnóstwo. Nie zna człowieka, patrzy niepłochliwie, dziwi się. Na razie tylko sarny, dziki, jelenie,  ale i drapieżniki być muszą. Aza przy nodze, na smyczy, bo już się puściła za sarną. Jeszcze ten czarny labrador przybłęda. On z kobietami, podkarmiony i wielce łaskawy. Też na sznurku wiedziony w nieznane.

Przed nami wzniesienie, poczesna dębina. Drzewa ogromne, rozłożyste. Tam odpoczniemy. Jedna rzecz, że tu żadnego pagórka nigdy nie było, ale jest. Nie ma za to rozlewisk, ani Warty, a powinny być. Ale najpierw trzeba się przebić przez gąszcz. Zatrzymujemy się, czekamy aż dojdą. Damy chwilę odpoczynku. Już są wszyscy. Mówię, że tam, na wzgórzu spędzimy noc, rozejrzymy się wreszcie po okolicy.

Siadamy w trawie. Odpoczywamy. Najgorzej z tą wodą, ale dopiero piętnasta. Jedni rozłożą obóz, inni pójdą, poszukają. Patrzę po twarzach. Różnie to wygląda, ale nastrój niezły, bo dzieci, bo psy, starsze panie. To jakoś tak rodzinnie, wycieczkowo. Nawet śmiechy. To dobrze.

- Pugu! Pugu! – z chaszczy. Głos męski, znajomy. Ale się wybrał dowcipnie.

- Kto tam? – nie mogę się powstrzymać.

- Stuchlik z ługu! – No jasne, któż by inny.

Wyłażą całkiem roześmiani, bo on nie sam. Stuchlik, dwie dziewczyny z miejskiej biblioteki i całkiem mała dziewczynka. On czysty, ale te umorusane, jak nieboskie stworzenia. Witamy się, kobiety do tamtych, Adam do nas.

- Wyciągałem je z bagna, takie nieusłuchane, że strach! Bo tam jest bagienko niewielkie, trzeba będzie obejść, chcieliśmy na wzgórze.

- Wy tak, bez niczego, na wycieczkę? – pyta Artur.

Stuchlik patrzy na rozłożone w trawie sterty naszego bagażu. Liczy, szacuje. W końcu się uśmiecha.

- Zaś tam, bez bagażu. Od wczoraj noszę, nosiliśmy z pannami. Dlatego tak wolno. Z kupki na kupkę. Jak się wreszcie na tym wzgórzu walnę to zakimam, jak suseł. A wy pewnie pod wpływem chwili, bo broni jak na wojnę. Ja też mam! – Odchyla kurtkę i pokazuje glocka w uprzęży.

- Dostałem od Kwiecińskiego, jeszcze karabin i dwa półautomaty dla panienek. A siekiery macie?
Patrzymy po sobie, że nie.

- A ja mam siedem, pięć trzeba oprawić, ale są. A tabletki do uzdatniania wody? A sprasowane, wysokoenergetyczne wojskowe porcje? A łuk bloczkowy i sto dwadzieścia strzał? A brzytwy? A opatrunki, antybiotyki, koce?


- Lekarstwa tak – wchodzę mu w słowo – Najgorzej z wodą...

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Lot ku Słońcu / Notatka 6 / Czas wróbli

Dżony wyjmuje jabłka z salaterki, rozkłada na obrusie i kiwa głową.

- Szesnaście jabłek, i o to właśnie chodzi.

Układa je w kwadrat, po cztery w rzędzie i uśmiecha się znacząco. Nie wiem do czego zmierza, spoglądam przez otwarte okno, by oderwać wzrok od jabłek, od Dżonego. Na drutach zbierają się wróble. Zaraził mnie i zaczynam je liczyć, ale one wciąż w ruchu. Przylatują, odlatują.

- A szesnaście miliardów jabłek, jak był ułożył szesnaście miliardów jabłek?
Wzruszam ramionami.

- Tak, samo.

- W czterech rzędach po cztery miliardy w każdym?

Liczy.

- Ej, ej... przyjmując dziesięć centymetrów na jabłko, dziesięć na metr, dziesięć tysięcy na kilometr, ej, ej... wychodzi, że miałbyś cztery rządy po czterysta tysięcy kilometrów.

Tracę cierpliwość.

- Uważasz, że szesnaście miliardów jabłek jest niemożliwe, przecież na Ziemi jest ich więcej, dużo więcej, istnieją, a to co istnieje zawsze można policzyć.

- To tylko słowa, to tylko słowa. Wróćmy w takim razie do czasu. Przyjmuje się, że wszechświat liczy czternaście miliardów lat. Jak to możliwe, skoro rok, jako taki istnieje znacznie krócej, można przyjąć, że po ustabilizowaniu się Układu Słonecznego...

- To tylko miara czasu, Dżony. Nie rozpatruj tak, nie mieszaj pojęć, skal...

- Ale ty jesteś... – obrusza się Dżony – W ogóle nie chcesz mnie zrozumieć, w ogóle.

Zapala papierosa i przez chwile obraca w palcach paczkę. Mam nadzieję, że nie zacznie liczyć papierosów. I faktycznie, nie liczy.

- Spójrz za okno – mówi w końcu – Na drucie siedzi akurat czternaście wróbli. Teraz przyporządkuj każdemu wróblowi miliard lat, ok? A teraz uważaj!
Podnosi się i gwałtownie porusza firanką. Wróble nic sobie z tego nie robią. Dżony wychyla się i woła do wróbli:

- Dalej, poszły mnie stąd, raz, raz!

Wróble nic, jak siedziały, tak siedzą. Nadal nie rozumiem, o co mu chodzi, ale czuję sympatię do tych skromnych ptaszków, które krzyżują jego plany. Chodnikiem przechodzi akurat sąsiadka Agata z bokserką na smyczy. Ze zdziwieniem patrzy na pokrzykującego przez okno brodacza. Dżony wycofuje się, siada zrezygnowany i wtedy wróble odlatują.

- O, widzisz, zobacz teraz! Wróble odleciały i co zostało? Drut został, linka energetyczna, oto co zostało! Tak samo jest z czasem, już nie udawaj takiego tępaka.

- Nie udaję tępaka, po prostu nie rozumiem, o co ci chodzi? do czego zmierzasz?

- Chodzi, zmierzasz – przedrzeźnia Dżony – Ty myślisz liniowo, twoje rozumowanie od punktu „a” do punktu „b” Jesteś jak szkapa dorożkarska z tymi klapkami na oczach.


To oryginalne, to mu się udało. Już się nie odzywam, tylko wstawiam wodę na kawę. Mam nadzieję, że w końcu zagramy w szachy. Przecież przyszedł do mnie z zegarem szachowym w reklamówce.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Lot ku Słońcu. Bitwa

Wskakują do okopu. Gruza się schyla, pod paletę wetknął flaszkę, chce poczęstować Srokę, na ten deszcz, po łyku. Pada, Sroka w błocie, na kolana. Gwizd, jakby śmiech z ciemności. Zewsząd. Rzucam się w bok, ale zaczepiam o jebaną deskę i w błoto.

- Dostał! Dostał!

Od nas, ci nowi, co ze Sroką, rżną w ciemność. Tylko rozbłyski. Ryk bitwy. Zbieram się, ale ręce chodzą na wszystkie strony. Oto mój kałach, ale nagle, ani jak, ani co? Odbezpieczyć, tu, tam. Palce nie słyszą rozkazów, klepią po zamku, lufie. Wreszcie tak, wspinam się z tego roztrzęsienia, kolanami po palecie, na chuj nam była paleta? Grzęznę. Jeszcze jeden z tych od Sroki, butem mnie w twarz, skurwysyn, nie, osuwa się, spływa w to błoto. Rozbłysk. Hełm mu zdarło. Jedno oko we mnie. Otwarte. Na jego miejsce,  muszę wyżej.

Jestem, strzelam, nic nie widzę, ale tam w dół, po skosie. Koło mnie błoto zasysa pociski. Nagle potworna jasność. Poszły flary na przedpole. Są. W tyralierze. Ludzie. I nie ludzie chyba, albo przebrane dzieci. Do nas walą i z góry, z drzewa koło kapliczki. 

Kurwa, wybiją! 

Ale żołnierze teraz celnie, tamci padają, łamią się, cofają. Znowu ciemniej, znowu flary. Zza pleców, pojedynczy strzał. W białej koronie olchy trafiony. Spada jebaniec na znicze, słoiki z kwiatami. 

Też strzelam, ale czy kogoś trafiam, nie mam pojęcia. Tu ucicha, ale Kolina warczy, błyska. Atakują zewsząd. Ile czasu? Nie mogę się ruszyć ze strachu. Przywarłem, omiatam lufą. Białe światło, teraz stabilne, trochę jak na szpitalnym korytarzu. Ukryli się, przypadli do ziemi. Po mojej lewej Wiktor i jeden od Sroki. Wiktor wyciąga rękę i dotyka mojej skroni.

- Dostałeś?

- Nie, chyba nie...

- Bo krew.

Aż się wzdrygam, ale żadnego bólu. Krew pewnie tego, co mnie butem w twarz. Leży taki  przekręcony, twarzą w błocie, kolana na tej jebanej palecie. 
Obok klęczy Gruza, gmera w ciemności pod sobą. 
Żyje - Jednak nie on. Sroka dostał, oddycham z ulgą, że nie nasz. 
Taka plemienność. 

Po prawej, dwaj od Sroki, niewzruszeni, wpatrzeni w przedpole, czujni, widać nie pierwszyzna. Dalej znowu nasz, skulony. Ma dość. Gdzie Roman? Do Wiktora:

- Gdzie Roman?

Czekam chwilę. Tam był, pod plandeką w kącie, z termosem. Teraz od tych płonących flar trochę i u nas jaśniej. W błocie posrebrza, opalizuje. Termos.

- Roman!

Cisza. Wiktor coś do żołnierza, ten się wychyla w tył, zagląda, zsuwa. Już z powrotem, kręci głową. Coś cicho do Wiktora, a ten do mnie.

- Roman nie żyje.

Jak? Skąd?W tym ukryciu, w kącie, przecież to nijak...

- Może rykoszet? Od czego?


Żołnierz po prawej coś do mnie, ale nie rozumiem. Na płacz mi się zbiera. Kurwa, w takiej chwili. Gruza się wdziera między nas. 

wtorek, 11 sierpnia 2015

Lot ku Słońcu / po wybrnięciu z bagna, jedziemy dalej

Po tym wszystkim ciężka, gorąca noc. Dom zaryglowany. Wszyscy na piętrze, ściśnięci strachem w pokojach chłopców. 
Roman pilnował, teraz ja, ale gówno spałem. On za to chrapie, jak zwykle. Monika z chłopcami. 

Ja od okna do okna, ze sztucerem, fachowo. Ciemność i cisza. Dopóki próbowałem zasnąć, całe miasto biegało, krzyczało, strzelało, megafony grzmiały. Teraz, jak na złość cisza. Tylko Aza za mną, krok w krok. Jaka dobra suczka. Ja wyglądam przez okno, ona też, łapki na parapecie. Ja na korytarz. Ona też, tup, tup. Woda jest, wieczorem włączyli generator w hydroforni na godzinę. 
Dobre i to. Wychylam się  przez północne okno, widzę posterunek. Palą papierosy, ale ani szmeru. Tylko ogniki w ciemności. Dobre i to.

Jutro wynosimy się do Wiktora, ze wszystkim, takie rozkazy, żeby zacieśnić linię obrony. Lepiej byłoby do rynku, do Marty, ale tam już są. Drzwi wywalili. Najpierw taka niby to rodzina, a potem po prostu, bo drzwi wywalone. Roman, zabawnie, spisał wszystkich z dowodów, że jak co zniszczą to ich obedrze. Może to i lepiej. Będzie Artur, Gruza, zawsze to broń, nasze strzelby.
Ruta zebrał swoich i odeszli na zachód. Nie do wiary, jeśli to prawda, co Artur.

- Nie mogę spać! – Aż podskoczyłem. Monika. Ta potrafi cicho.

- Wszyscy zginiemy, prawda?

- Nikt nie zginie, kochanie, nikt – próbuję jakoś. Gdybym tylko mógł ją przytulić, ale odsuwa się, podchodzi do okna.

- Co ty potrafisz? To wszystko jest na nic, wzięli nas do niewoli, dużo ludzi z nimi, zmuszą nas do bratobójczej walki, a potem...

- To nie są ludzie, oni...

- A ty jesteś człowiekiem? Tak mam myśleć po tym co zrobiłeś, i w takiej chwili – tylko troszkę podnosi  głos, ale z sypialni już:

- Mamo, mamusiu...

- Już idę kochanie, mamusia tu jest. Idę.


Znika w otwartych drzwiach, ale wróci, bo jeszcze nie wypowiedziała, jeszcze mnie nie dobiła. Aż zaciskam szczęki do bólu. Jaka ona niesprawiedliwa, i żeby akurat teraz. Pusty śmiech.

sobota, 8 sierpnia 2015

Podsłuchane pod sklepem GS / Tęcza


 Nie należę do grona publicystów, którzy nagle usłyszeli głos prostego ludu i cytują. Może dlatego, że sam jestem prostakiem. 

Kilka lat temu usłyszałem i użyłem w tekście, coś, co usłyszałem w wypełnionym autobusie  MZK, na trasie Konin – Golina..

- Wiesz co chciałbym mieć?
- Co?
-  Wrzód na plecach!
- Co??
- Przynajmniej miałbym coś własnego!

Dzisiaj, wychodząc ze sklepu, mijając faceta, który stojąc w kolejeczce przede mną kupił talię kart...

- Na chuj ci te karty?
- Włożę /nnn/ do trumny. Sobie pogra!
- W niebie nie gra się w karty
- We wojnę i w dupę, to nie! Tylko w porządne gry...
- W brydża...
- ?
- W brydża i w szachy się gra....


piątek, 31 lipca 2015

15:27 / strona siedemdziesiąta siódma / Wyznanie

- Bez papierów, znajomości, przez Polskę... Granica przecież, ale mieliśmy te dolary, też niebezpiecznie, ale otwierały drzwi, serca łakome. Brat był starszy, on prowadził. Mniejsza z tym. Tutaj... W Kolinie mieszkał stryj z żoną. W trzydziestym siódmym byliśmy z bratem na wakacjach. Chciałbym móc powiedzieć, że Bóg nas szczęśliwie przeprowadził, ponieważ cały czas miałem przy sobie tę biblię, ale dolary...

- Dużo? – Artur przechylił się przez stół i dolał sobie kawy.

- Ogromna suma. Po wszystkim, do Koliny przywieźliśmy prawie czterdzieści tysięcy. Tyle, że stryja i stryjenkę wywieźli, zabili. W ich domu mieszkał szkopski policjant, rodzinę ściągnął. Nie wiedzieliśmy, co dalej? Wtedy ojciec tego waszego komucha Kukli, to wtedy był chłopak. nie miał jeszcze dwudziestu lat, ale był obrotny, jak sam diabeł. Za tysiąc dolarów dał nam schronienie w tej piwnicy. Młody miał jakieś pole, ale żył z handlu, a potem to już z nas. Nie, wtedy to było całkiem uczciwe z jego strony. Bardzo bystry młodzieniec. Aż dziwnie to powiedzieć, ale w tej norze żyliśmy całkiem znośnie. Mieliśmy też awaryjne wyjście. Panowie je przecież znaleźli. Nocami wypełzaliśmy i leżeliśmy w trawie patrząc na gwiazdy.

Oddycha łapczywie, milknie.

- Cóż. Niemcy odeszli, przyleźli Kacapy. Czekaliśmy aż sytuacja się uspokoi, z tymi dolarami, bez papierów. Kukla nam obiecał. Ludzie wędrowali. Polska... Mniejsza z tym.

- Dni mijały. Kukla, trzeba to przyznać, znacznie obniżył ceny. Wszystko zmierzało ku szczęśliwemu zakończeniu, gdy pewnej nocy znowu miałem ten sen i następnej też.  Na Polesiu spudłowało. W piwnicy przyczepiło się do Andrzeja. Uwalniało się. Ja miałem być ofiarą, którą złoży. Mój brat i najlepszy towarzysz, jakiego miałem w życiu przestał być moim bratem. Nocą starałem się nie zasnąć, ale zostałem zabrany w takie miejsce. Pewnie straciłem przytomność. Będąc tam zrozumiałem...


- Pan zabił swojego brata! – odzywa się milczący dotąd Gruza.

Fasola obrodziła!



poniedziałek, 27 lipca 2015

16:20 / Strona sześćdziesiąta czwarta / Lot ku Słońcu

Wieczorem Roman ze strzelbami, trening na sucho. Dubeltówka i sztucer  łamany, no proszę, a taka ciapa. Niby zawsze coś przynosi na święta, poluje. Proponował nawet. Gdzież tam ja, do zwierząt ze strzelby. A teraz, no proszę. Gdzie ja, z moimi szablami, no chyba, że z bliska, w tłoku, na progu, pod gardło. 

Monika, jak sprawnie, lepiej ode mnie, od Romana, bez drżenia. Przeładowuje, składa, rozkłada. Moja zabijaczka. Jak, a tak! I już wie, już dobra, najlepsza. Roman z taką miną, jego chrześniaczka, w końcu.

Za książkami mam paczkę, ale fajki Romana na biurku. Zapalam. Jaki oddech, jak dymem w księżyc. Trzecia trzydzieści. Z oddali pies, Aza tylko uchem rusza, łapy wyciągnięte. Oko wpółotwarte, wpatrzone chyba w Księżyc.

*  *  *

- To byłeś wczoraj w końcu u Artura, bo znowu wydzwania. Zrozumiałam, że nie.

- Byłem, jasne – mówię szybko – ale jego nie było, poszedłem do szpitala, do Wiktora, a potem z Anką zaprowadziliśmy do domu. Już nie mógł wytrzymać na jednej sali z tym...

Wmawiam sobie, jej. Nawet lekko, ani chwili, bez wahania. Coś po drodze? A Roman pojechał na rynek, bo w sklepie nic, a tam wojsko rozdaje, do oporu. Mogłem się zabrać, szkoda.

- No, jak ktoś łazi po nocy, zaśpi. Przecież słyszałam. I paliłeś, a wiesz...

- Dobra, dobra. Musiałem wstać, nie rób z tego – podnoszę głos, zaraz w pokorę, ciszej.

- Kocham cię, zaraz wrócę.

- No, nie wiem – ona od niechcenia i do kuchni. Wymija mnie, wywija bokiem, broda zadarta. Zła.

Idę, upał gęsty. Na rynku poruszenie, bo chleb. Wszyscy chleb noszą. Jak oni do strefy, chyba przepychają, czy jak? Wciągają na linach? Chleb. Jedno chociaż z głowy, nakarmią nas, odzieją. Ale, po co prąd wyłączyli, chyba już nie trzeba ukrywać. Tu wszyscy wszystko wiedzą. Jak inaczej. A, żeby stąd...To nas chcą wygłuszyć, odciąć. Pewnie pracują nad tym. Nadrabiam drogi, żeby nie koło cmentarza, bo czuję, że pokusi, zboczy, w głowie zawróci samą bliskością, a ten dzwoni i dzwoni. Oj, magia. Tu wstyd i radość razem, a wokół ludzie z chlebami. Wraca Roman. Trąbi, macha przez okno, chce podwozić. Też macham, że dojdę. Chleb podnosi, pokazuje. Też się wybrał z nowinką.


niedziela, 26 lipca 2015

7:14 / Negocjacje

Wasz Bóg jest daleko. Nie twierdzę, że nie istnieje, ale sami przyznacie, że wasze prośby, błagania, są dla niego, niczym szum traw na wietrze. Można się wsłuchać. Można, ale co można uczynić dla trawy? Podlać, skosić, napaść nią bydło, spalić?

Nie przyjmuj tłumaczenia, że ma na głowie cały Wszechświat. To zbyt łatwe. Kiedyś był inny, bardziej skoncentrowany na was, prawda? Tak, jasne. Facet samotny, jak kukła. Potem kobieta, patologiczna rodzina, gdzie brat zabija brata, plemię, jeden naród, planetę, układ słoneczny, galaktykę, wszechświat. Każdy może się w końcu pogubić.

Ale popatrz na mnie, jaki jestem skoncentrowany, jaki uczciwy! Zrobię dla ciebie wszystko, o co poprosisz. No, prawie wszystko. Zapętlę czas, otworzę drzwi do wielu światów, dla ciebie, miły człowieku. Z mojego Drzewa Wiadomości zerwiesz tyle jabłek, ile zechcesz. Możesz robić z nich nawet przetwory, dżemy. Mnie nie zależy.

I nie chcę twojej duszy. Wystarczy, że okażesz szacunek, dasz prezent, drobny upominek, ale ze szczerego serca, z wiarą. Wtedy zrobię dla ciebie wszystko. No, prawie wszystko.

Pytasz, jaki upominek? 

Łakniesz szczegółów, recept. Dobrze!

Jeśli łakniesz mało, ofiarowujesz niewiele. Jeśli dużo, wiele. To proste, musi być zachowana równowaga. Pomyśl, tylko pomyśl, co możesz dostać za serce swojego dziecka? Odpowiadam. Im bardziej je kochasz, tym więcej.

Za duszę?

Co ty z tą duszą?


sobota, 25 lipca 2015

9:09 / Strona pięćdziesiąta czwarta / Agnieszka

Jestem zmęczony. To osiedle obce, rzadko tutaj, w ogóle nie chodzę, bo po co? Za blokami same domki, aż hen. Ruszam drużką, skrót niby, bo tu dom niedobudowany. Fundament zarośnięty, jakieś dechy, pryzmy jasnego żwiru. Plecami trę o siatkę, a i tak muszę wytrzepać sandały. Jest dom seledynowy. Za nim w lewo faktycznie droga z widokiem na cmentarz. Prosto, bez posterunków, barier, ale bezludna. Ledwie idę, żadnego cienia. Cholera!

Nagle ona. Ręce w górze, na coś wskazuje, zbliża się tanecznie. Bosa, biała ze słońca, aż oczy bolą.

- Żagle na niebie! Złote okręty... Jakie to piękne! – Najwyżej trzydziestoletnia w jakimś uniesieniu. 

Ona patrzy w niebo, to ja próbuję minąć, przyspieszam, ale gdzież tam. Niby nieobecna, a drogę zabiega, łapie za ramię. Palce wąskie, wysmukła, czarne włosy do ramion. Cofam się, próbuję uwolnić ramię, ale ona wprost w oczy, z bliska. Pachnie jaśminem.

- Kąpałam się w chłodnej wodzie i zobaczyłam je w lustrze. Mają trójkątne żagle i wiozą niezwykłe skarby – mówi spokojnie. Opuszcza wzniesione ręce. - Jest noc, chodź do mnie, uczcimy święto ofiarowania, jak pragniesz.

Przytrzymuję za przeguby, bo próbuje zdjąć sukienkę przez głowę. Piersi wysokie, sutki sterczące ku mnie. Niby bezludzie, ale nagle w ogródkach, w oknach twarze. Ciekawi, czują wydarzenie. Obcy szarpie kobietę. Ona bosa, on w sandałach. Sensacja.

- Ta dziewczyna potrzebuje pomocy, czy ktoś wie gdzie mieszka?

To znowu bezludzie, twarze znikają, zostają włosy, potylice. Nikogo nie ma, wszyscy zajęcie, odrabiają lekcję z przeżycia. Ona próbuje się uwolnić. Ja łagodnie, ona piszczy. Puszczam, a niech to, zaraz zacznie wrzeszczeć, szalona.

Puszczona, przytula się ciałem, lgnie, drży, serce serduszko.

- Już dobrze, mój kochany, już dobrze. – szepcze.

Muszę ją odprowadzić, przecież szalona. Piękna i szalona. Biedna taka. Pytam, gdzie mieszka, kiwa głową, nagle zrezygnowana, pogodzona z losem. Niedaleko, pokaże. Oczy wesołe teraz, jak dziewczynka, a pewnie ma swoje trzydzieści lat. Taka świeża, jaśminem pachnąca, a szalona, że szkoda. Pewnie się martwią o nią, biedną. Idziemy prawie w milczeniu. Tylko ona cichutko: tędy, tędy... 

Jakie to osiedle wielkie, same nowe domy, wszędzie tynkują, ogradzają. Cmentarz się oddala, niknie za kolejnymi zakrętami. Piasek, kurz a ta boso, zbyt śmiało a może szkło, kolec. Myśl, że może ją na ręce, pewnie lekka, biedactwo. Samemu sobie w pysk tylko dać za takie myśli.

Wreszcie dom. Nowy, jeszcze nieogrodzony, seledynowy. To my taką wyprawę, takimi labiryntami, ścieżkami po to, żeby wrócić prawie w to miejsce. Patrzę w głąb drogi. Nie widzę teraz cmentarza tylko tył jakiegoś sklepu. Ale zaraz ta działka, ten fundament. Pryzmy żwiru.

- Coś ci jest, źle się poczułeś, kochanie? – pyta.

- Co? Mnie?

Bierze  za rękę, prowadzi ku drzwiom czarnym, błyszczącym.
-
 Chwilę posiedzisz, zrobię ci coś do picia, uspokoisz się.

Tego już za wiele, ale wchodzę posłusznie. Od razu salon. Parkiet lśni, meble w pakach, skrzynie, jedno krzesło na środku. Dom pusty, nadzieja, że ktoś pomoże, zajmie się płonna. Może sąsiedzi, ale gdzież tam. Przecież głowy odwrócone, włosy, potylice. 

Kuchnia urządzona pięknie, same jakości bez zbędnego przepychu. Siadam, ona zakrzątana, normalna, kroi cytrynę. Odruchowo sięgam po magazyn leżący na stole. Odwracam, Kwartalnik Bellona. Jeszcze dziwniej.

- Mam na imię Agnieszka – mówi znad dzbanka, znad cytryny, znad krojenia mięty.


Próbuję oderwać wzrok, ale nie mogę. 

środa, 22 lipca 2015

6:41 / Notatka


- Na pożegnanie wyświetlę film – mówi Minotaur.

Wygląda na szczęśliwego, ma w labiryncie wszelkie udogodnienia. Nie, żeby zaraz grający melodie kibelek, ale bieżącą wodę, ekspres do kawy, biblioteczkę, kino domowe.

- Kino labiryntowe – śmieje się Minotaur.

Ma pudelka, świnki morskie, kilka garniturów i sukienek, bo on chyba różnie. I lampę i skórzane fotele, wielkie jak łodzie rybackie. Ma i łódź, i barek, i kostkarkę do lodu.

- I przestrzeni, ile zapragnę w labiryncie – dodaje Minotaur.

Ja po wywiad. Bezpieczny, bom nie młodzieniec, nie panna. On też niczego sobie. Kark byczy, spogląda bokiem, jak kruk. Ćwiczy codziennie we własnej siłowni. Nic dziwnego, ma czas. 
Opowiada o życiu, swoich marzeniach, trochę geopolitycznie, trochę popkulturowo. Nawet ciekawie, z zębem.

Przerwa na szklaneczkę.

- Ariadna – woła – Kochanie!

- Zaraz przyjdę, już kończę!

To jednak nie jego sukienki. Szkoda. Ariadna, dziwne imię, gdzieś słyszałem, cholera, człowiek taki zapędzony w redakcji.

- Jaka to kobieta, jaka gospodyni. Wiśnie dryluje, setki wiśni. Cała we krwi wiśniowej, pachnącej.

Tak mnie jakoś, w kontekście, nagle, a on cap dyktafon. Wyłącza. Ręka sękata, prawie łapa. Wstaje, łbem pod sufit. Niedobrze, czy tylko pokaz? Pokaz. Ja z ulgą, on się śmieje.

- W tym świetle, jak tak trochę ramionami, sam pan widział. Jest coś, nie?

Oj, jest, jest.

- Panie Minotaurze – włączam dyktafon – Panie Tezeuszu, co pan sądzi o kulcie Kosmicznej Maciory zjadającej własne prosięta?

- Cóż – zakłada nogę na nogę, odchyla się w tył. – Ludzie tam, poza labiryntem, to w większości barbarzyńcy, niewolnicy czasu. Przepraszam, jeśli pana uraziłem – uśmiecha się miło i unosi szklaneczkę.

- Na zdrowie!


9:10 / Strona czterdziesta piąta / Lot ku Słońcu

Nieważne. Już lepiej, spokojniej. Pod namiotem, już mnie biorą, czyszczą, szyją, bandażują. Tu się dopiero rozpakowują, a już pacjent i do tego ja. Rozglądam się. Wojskowi, zakonnice biegają całe przejęte. Tego dnia, drugi raz na poświęconej ziemi. 
Jasna... Nagle rumor, tupanie. Niosą jakiegoś na noszach. Koło mnie. Ława! Przypięty pasami, nagle wrzeszczy, rzuca kurwami, co jest? Przecież łeb rozbity, mózg na wierzchu, martwy a tutaj...
Leżę. Nie boli, ale w ambulatorium Ława dokazuje. Wszystko słyszę.

- On nie żyje, nie żyje!

- Nie żyje, nie żyje... – przedrzeźnia Ława.

Potem znowu oni, między sobą.

- Może aparatura zepsuta?

- Jasne, kurwa, a gdzie puls, oddech, zobacz, jakie źrenice! Przecież my go za trupa, tam w trawie jeszcze mózgu, co mi tu?

- Mózg, mózg – śmieje się Ława, z daleka, po głosie zupełny on, jasno i przytomnie. Za mądry to on nie jest, nie był. I znowu oni.

- Jak mam go uśpić do zabiegu, skoro on nie żyje? Trup! – złości się anestezjolog. Koło mnie chirurg leci, ręce w górze, do zabiegu. Ledwie spojrzał. Tam wszyscy się drą, Ławę zakrzykują.

- Tu jest patolog potrzebny, sekcje mu zróbcie. – Teraz jeszcze chirurg do kompletu. Ale zły! Co za słownictwo!

- Sekcję gimnastyczną – drze się Ława.

Wraca chirurg.

- Panie doktorze, co tam jest?

Bierze krzesełko, siada. Patrzy na mnie, jakby szacował, czy skoro już się przygotował, mógłby chociaż mnie pokroić. Wzdycha, ręce do kieszeni.

- Nic takiego. Nieżywy pacjent się awanturuje. Obwiązali mu łeb i starczy. Po co mnie w ogóle wzywali, co tu do roboty dla chirurga, jak on jednej czwartej mózgu nie ma, a kości w drzazgach. 
Niech się drze. Może jak ożyje i będzie można go uśpić, uzupełnimy jakimś plastikiem.

- Niech pan powie, dlaczego nie do prawdziwego szpitala?

Patrzy na mnie obojętnie, ale nie o rozkazach, tylko.

- Nikomu nie wolno opuszczać strefy. Wyznaczyli takie koło. Otaczają wszystko. Coś się stało dzisiaj po południu. Jacyś ludzie umarli, wyszli poza i umarli. Odcinają wszystko, nim sprawdzą, potwierdzą.

Ten mnie wyczuł, usłyszał? Tego jeszcze brakowało.

- Wiktor, jebany szczęściarzu! Ten młody, ale mnie jebnął, no zabił, ale ja mu... Wiktor, trzymaj ze mną, bo inaczej... A żywy stąd nie wyjdzie nikt! – podśpiewuje, skanduje, podśpiewuje – A żywy stąd nie wyjdzie nikt!



wtorek, 21 lipca 2015

10:14 / Notatka

10:14

Nagle Anioł Stróż mailem. Siada na biurku. Niewielki.

W sam raz, ale czy mądry? Nie wiem, że prawdomówny, chyba. To tak! Jak inaczej? Otrzepał skrzydła z wirusów, poprawił okulary, rozkłada tablice, wyliczenia. Żadne tam pergaminy, zwykły Excel.

Czytam. Aż tak, że aż tak? Jak to? I dokładniej. I ciach druga tabela, obszerna, w przeliczeniu na słowo, na znak, na zamyślenie. Prąd zużyty, papierosy, kawa, czas zniknięty, zmarnowany. To ostatnie najtańsze. 

Wzdycha, szepcze, wzrusza skrzydłami.
Nie daje nadziei, sensu. Anioł pragmatyk. W końcu jaśniej, od siebie, z życzliwości.

- Skończ, bo inaczej. Nie tym, nie ty od tego. Nie z ciebie to, co chcą, a chcą dobrze. Żałosne, ty...  Złudzenie. To złudzenie. To incydent. Idź, zajmij się.

Znowu niejasno, niedobrze, na mdłości.

To ci dopiero Anioł. Nie straszy, dech odbiera. Źle. Tyle, że on od siebie, z życzliwości. Zza piór wyciąga prawdziwy papier, z takiej kieszonki. Ma kieszeń na brzuchu pod piórami kangurzą.

Zobowiązanie, że już nie będę, bo inaczej. Sięgam po długopis, a co mi tam. Faktycznie tabela mówi wszystko. Podpiszę, oszczędzę forsę. Zawsze to coś. No tak.

- Nie, długopisem nie. Krwią trzeba, można z palca. I znowu z kieszeni brzytwę. Ciach na stół. I pióro, takie mniejsze sobie wyrywa, aż syknął.

Coś dziwnie. Jak incydent? I krwią, i język ma czarny, rozdwojony.

- A idźże do maila, mówię. Palca nie będę... Brzytwą!

I poszedł, zniknął. Została brzytwa.

poniedziałek, 20 lipca 2015

8:04 / Strona trzydziesta ósma / Lot ku Słońcu

O wejściu do kościoła nie ma mowy. Obszerne, rozłożone amfiteatralnie schody zapchane tłumem. Wybieramy miejsce w płytkim cieniu szpaleru wybujałych tui. Daleko, ale słychać. Pod stopami zmięta, pożółkła trawa. Wiktor marudzi, że skoro po dziesięciu latach, zdecydował się na mszę, niesprawiedliwe, że nie może się dopchać.

– Naszło się ludu – narzeka.

–Wiadomo, jak trwoga, to do Boga.

Na szczycie schodów, obok wystawionych na zewnątrz głośników, grupa oficjeli. Msza przebiega skupiona i nad żarliwa. Klękają zamiast kucać, jak to zwykle. Nawet śpiewają, podśpiewują wszyscy. Nastrój grozy sprzyja kazaniu, ale proboszcz zawodzi. Dużo przymiotników, bardzo dużo przymiotników, za dużo przymiotników.

- To z nerwów – mówi Wiktor.

Ktoś niewidoczny. Zza tui.

- Cicho tam!

Patryczek ukradkiem, zagląda, podgląda.

- Pan z brodą – szepcze do mnie.

Tamten skupiony, pewnie z religijności chrząka i szura. Czemu się chowa, nic nie widzi, woli cień. A na słońce nie łaska, skoro taki... I nie śpiewa. Zza tui tylko mruczenie, mruczando. Z brodą? Może krasnal – myślę. Nie mogę powstrzymać ciekawości. Krok w tył i drugi w bok. Z brodą. Przecież to ten facet, który wczoraj niósł pomarańczową donicę. Teraz bez donicy. Patrzy na mnie złym okiem.

*  *  *

Po mszy wychodzą i z góry, ze schodów, do wszystkich. Znowu proboszcz. Mówi. Na kościelnym placu wojsko rozbije namioty, gdzie każdy znajdzie schronienie, opiekę medyczną, psychologiczną i duchową. Kolejność mówców nieszczęśliwa. Większość zgromadzonych nie wie o zamknięciu miasta, a tu im szpital.

Potem burmistrz. Łamiący, zdenerwowany apeluje, a głos mu chodzi po rejestrach, skacze.  Apeluje byśmy pomagali, z siłami porządkowymi razem, przestrzegali wszystkich zaleceń i przepisów wydanych w związku. Ale nikt nie wie jakich i ludzie się burzą. Zaczynają dopytywać.

Jak to, że nie wolno wyjechać? 
A od jutra ewakuacja, a gdzie? 
A dlaczego za zgodą? I tak dalej. 

Burmistrz się jąka, łamie. W sukurs, gdzieś spod schodów, z najgęstszego tłumu rozlega się nagle przeraźliwy okrzyk:

- Wydajcie nam karabiny i granaty, sami pogonimy im kota!

Wszędzie rozpoznałbym ten głos. Szturcham Eryka i mówię:

– To pan Stuchlik, ozdoba Koliny i okolic.

Nie zrażony syknięciami, ani apelami, by się przymknął Orzeł z Bernardynki wydziera się jeszcze głośniej. Odwracając uwagę od burmistrza. Jeszcze jego koleżka dodaje mu powagi. Woła:

- Słuchajcie głosu człowieka z telewizji!


17:12 / Strona dwudziesta ósma / Lot ku Słońcu

Ares ociera się o moje nogi. Z dezaprobatą patrzy do swoich misek, zaraz do stołu, bo mielonka. I znowu do misek, jaka mowa ciała. Wyczuwa rozbawienie i hyc na kolana i czarny łepek na ceracie. Odkrawam gruby plaster i kładę przed nim. Kociokwiczeniak łapą i z łupem pod stół, skąd po chwili mlaskanie i mruczenie.

- Żresz, jak prosiak, jak jakiś kałmuk. Przydałoby ci się trochę ogłady – pouczam, a on znowu do misek, znowu zniesmaczony, aż prycha. Jaki biedny kot!

Widzę, dwóch mundurowych podchodzi do debatujących, a Pawełek wskazuje na mój dom. Jacy oni troskliwi!  Wstaję i wychodzę na spotkanie. Ścieżką między krzewami herbacianych róż do niskiej drewnianej furtki, potem na ulicę. Podchodzą. Zauważam, że patrzą niespokojnie, jakoś koso. Dociera do mnie, że trzymam ten cholerny nóż.

- A, jadłem akurat kolację – mówię.

- Po ciemku pan jadł? – dziwi się wyższy, rudy policjant i pyta, czy mogą wejść?

- Oczywiście, ale u mnie wszystko w porządku, siostra śpi, nie chciałbym jej niepokoić.

- Może jednak wejdziemy – upiera się rudy, wyraźnie zaniepokojony widokiem ostrza połyskującego w świetle latarni.

- Może jednak, nie! – Niespodziewanie dla samego siebie podnoszę głos. – Jestem świadkiem w sprawie tego mordu, pół dnia spędziłem na komendzie i chcę teraz spokojnie odpocząć. Macie sprawdzać bezpieczeństwo mieszkańców. Rozumiem. Powiem wam coś. Gdybym miał karabin, wyszedłbym przed dom z karabinem. Chyba wiecie, co się dzieje. Dla spokoju zaświecę lampę, ok.?

Niższy, jasnowłosy, aby zapobiec bezsensownie rodzącej się sprzeczce, uspokajającym gestem powstrzymuje wymianę zdań i pyta o dom na Garbarskiej.

Pod trójką, w nieotynkowanej piętrówce mieszkają Michalakowie. Dziwne, że tam jest cicho i ciemno. To liczna, nie cicha rodzina. Trzy pokolenia, dziewięć żwawych osób. Najmłodszy jeszcze chodzi do szkoły.

- Są... – szukając słowa, wykonuję ostrzem noża ruch, odwzorowujący znak oznaczający nieskończoność.

- Sprawiają kłopoty? – pyta rudy.

- Jeśli ktoś ceni sobie spokój i ciszę...

Po ich odejściu wracam do domu. Zapalam światło w przedpokoju, niech mają, drzwi na zasuwę i z powrotem do stołu. Talerzyk pusty. Świeci, bo ktoś wylizał. Ares śpi na parapecie. Pociągnięty za ucho przeciąga się rozdzierająco. Drapię niewinne stworzonko za uchem. Kot odpowiada mruczeniem. Komórka odzywa się na lodówce. Dzwoni Jacek. W tym zamieszaniu zapomniałem wpaść do niego. Na Długiej polała się krew. Czuję, że chce o czymś mówić, ale nie jest sam i nie może. Po co dzwoni, w takim razie?

- Jutro, wpadnę do ciebie. Jutro przed południem. Na sto procent – mówię. Może wezmę ze sobą Artura, ok.?


- Jasne – odpowiada. 

13:12 / Notatka


- Jutro będzie dzień środka czasu. Od wielkiego wybuchu minęło czternaście miliardów sześćset czterdzieści milionów osiemset dwadzieścia tysięcy pięćset czterdzieści lat, sześć miesięcy i czternaście dni. Jutro jest dzień środkowy. Potem pójdzie z górki.

- Co pójdzie z górki? Uszom nie wierzę, co wymyślił.

- Czas!

- Co ty pleciesz, jak to obliczyłeś?

- Na komputerze, dane wyjściowe to podstawa. – Ma minę nietęgą. Myślał, że zakrzyknę, może w uniesieniu. Coś mamrocze.

- Czternaście miliardów z kawałkiem, czy wszechświat to guma od majtek? – Zły jestem, że w takie się wdaję rozmowy. Obliczył. Dobre sobie, a kto to sprawdzi?
Jakby słyszał moje myśli.

- Margines błędu nie szerszy niż miliard lat. – Uśmiecha się.

Jakbym go trzasnął! Ale on umiera na raka. Moja cukrzyca przy jego raku to bal debiutantek. Chorego trzaskał nie będę. Umierającego. On znika. Już połowa człowieka. Zniknie w trumnie, przykryją go kwiatami, różańcem, świętym obrazkiem. Ateistę zniszczą w zwłokach pogodzonych ze wszystkim, z tym jego wszechświatem.

- I co dalej? – pytam.

Wznosi oczy ku niebu, jakby z idiotą. Jakby z idiotą rozmawiał.

- Co dalej? Boga się spytaj, on wie.


Odchodzi, coraz mniejszy i mniejszy. Kroki cichsze i cichsze. Zapach człowieka wiaterek rozwiewa tak szybko, że nawet psi nos jest bezradny. Środek czasu we wtorek? Dobre sobie.