poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Lot ku Słońcu. Bitwa

Wskakują do okopu. Gruza się schyla, pod paletę wetknął flaszkę, chce poczęstować Srokę, na ten deszcz, po łyku. Pada, Sroka w błocie, na kolana. Gwizd, jakby śmiech z ciemności. Zewsząd. Rzucam się w bok, ale zaczepiam o jebaną deskę i w błoto.

- Dostał! Dostał!

Od nas, ci nowi, co ze Sroką, rżną w ciemność. Tylko rozbłyski. Ryk bitwy. Zbieram się, ale ręce chodzą na wszystkie strony. Oto mój kałach, ale nagle, ani jak, ani co? Odbezpieczyć, tu, tam. Palce nie słyszą rozkazów, klepią po zamku, lufie. Wreszcie tak, wspinam się z tego roztrzęsienia, kolanami po palecie, na chuj nam była paleta? Grzęznę. Jeszcze jeden z tych od Sroki, butem mnie w twarz, skurwysyn, nie, osuwa się, spływa w to błoto. Rozbłysk. Hełm mu zdarło. Jedno oko we mnie. Otwarte. Na jego miejsce,  muszę wyżej.

Jestem, strzelam, nic nie widzę, ale tam w dół, po skosie. Koło mnie błoto zasysa pociski. Nagle potworna jasność. Poszły flary na przedpole. Są. W tyralierze. Ludzie. I nie ludzie chyba, albo przebrane dzieci. Do nas walą i z góry, z drzewa koło kapliczki. 

Kurwa, wybiją! 

Ale żołnierze teraz celnie, tamci padają, łamią się, cofają. Znowu ciemniej, znowu flary. Zza pleców, pojedynczy strzał. W białej koronie olchy trafiony. Spada jebaniec na znicze, słoiki z kwiatami. 

Też strzelam, ale czy kogoś trafiam, nie mam pojęcia. Tu ucicha, ale Kolina warczy, błyska. Atakują zewsząd. Ile czasu? Nie mogę się ruszyć ze strachu. Przywarłem, omiatam lufą. Białe światło, teraz stabilne, trochę jak na szpitalnym korytarzu. Ukryli się, przypadli do ziemi. Po mojej lewej Wiktor i jeden od Sroki. Wiktor wyciąga rękę i dotyka mojej skroni.

- Dostałeś?

- Nie, chyba nie...

- Bo krew.

Aż się wzdrygam, ale żadnego bólu. Krew pewnie tego, co mnie butem w twarz. Leży taki  przekręcony, twarzą w błocie, kolana na tej jebanej palecie. 
Obok klęczy Gruza, gmera w ciemności pod sobą. 
Żyje - Jednak nie on. Sroka dostał, oddycham z ulgą, że nie nasz. 
Taka plemienność. 

Po prawej, dwaj od Sroki, niewzruszeni, wpatrzeni w przedpole, czujni, widać nie pierwszyzna. Dalej znowu nasz, skulony. Ma dość. Gdzie Roman? Do Wiktora:

- Gdzie Roman?

Czekam chwilę. Tam był, pod plandeką w kącie, z termosem. Teraz od tych płonących flar trochę i u nas jaśniej. W błocie posrebrza, opalizuje. Termos.

- Roman!

Cisza. Wiktor coś do żołnierza, ten się wychyla w tył, zagląda, zsuwa. Już z powrotem, kręci głową. Coś cicho do Wiktora, a ten do mnie.

- Roman nie żyje.

Jak? Skąd?W tym ukryciu, w kącie, przecież to nijak...

- Może rykoszet? Od czego?


Żołnierz po prawej coś do mnie, ale nie rozumiem. Na płacz mi się zbiera. Kurwa, w takiej chwili. Gruza się wdziera między nas. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz