Wskakują do okopu. Gruza się schyla, pod paletę
wetknął flaszkę, chce poczęstować Srokę, na ten deszcz, po łyku. Pada, Sroka w
błocie, na kolana. Gwizd, jakby śmiech z ciemności. Zewsząd. Rzucam się w bok,
ale zaczepiam o jebaną deskę i w błoto.
- Dostał! Dostał!
Od nas, ci nowi, co ze Sroką, rżną w ciemność. Tylko
rozbłyski. Ryk bitwy. Zbieram się, ale ręce chodzą na wszystkie strony. Oto mój
kałach, ale nagle, ani jak, ani co? Odbezpieczyć, tu, tam. Palce nie słyszą
rozkazów, klepią po zamku, lufie. Wreszcie tak, wspinam się z tego
roztrzęsienia, kolanami po palecie, na chuj nam była paleta? Grzęznę. Jeszcze
jeden z tych od Sroki, butem mnie w twarz, skurwysyn, nie, osuwa się, spływa w
to błoto. Rozbłysk. Hełm mu zdarło. Jedno oko we mnie. Otwarte. Na jego
miejsce, muszę wyżej.
Jestem, strzelam, nic nie widzę, ale tam w dół, po
skosie. Koło mnie błoto zasysa pociski. Nagle potworna jasność. Poszły flary na
przedpole. Są. W tyralierze. Ludzie. I nie ludzie chyba, albo przebrane dzieci.
Do nas walą i z góry, z drzewa koło kapliczki.
Kurwa, wybiją!
Ale żołnierze
teraz celnie, tamci padają, łamią się, cofają. Znowu ciemniej, znowu flary. Zza
pleców, pojedynczy strzał. W białej koronie olchy trafiony. Spada jebaniec na
znicze, słoiki z kwiatami.
Też strzelam, ale czy kogoś trafiam, nie mam
pojęcia. Tu ucicha, ale Kolina warczy, błyska. Atakują zewsząd. Ile czasu? Nie
mogę się ruszyć ze strachu. Przywarłem, omiatam lufą. Białe światło, teraz
stabilne, trochę jak na szpitalnym korytarzu. Ukryli się, przypadli do ziemi.
Po mojej lewej Wiktor i jeden od Sroki. Wiktor wyciąga rękę i dotyka mojej
skroni.
- Dostałeś?
- Nie, chyba nie...
- Bo krew.
Aż się wzdrygam, ale żadnego bólu. Krew pewnie tego,
co mnie butem w twarz. Leży taki
przekręcony, twarzą w błocie, kolana na tej jebanej palecie.
Obok klęczy
Gruza, gmera w ciemności pod sobą.
Żyje - Jednak nie on. Sroka dostał,
oddycham z ulgą, że nie nasz.
Taka plemienność.
Po prawej, dwaj od Sroki,
niewzruszeni, wpatrzeni w przedpole, czujni, widać nie pierwszyzna. Dalej znowu
nasz, skulony. Ma dość. Gdzie Roman? Do Wiktora:
- Gdzie Roman?
Czekam chwilę. Tam był, pod plandeką w kącie, z termosem.
Teraz od tych płonących flar trochę i u nas jaśniej. W błocie posrebrza,
opalizuje. Termos.
- Roman!
Cisza. Wiktor coś do żołnierza, ten się wychyla w
tył, zagląda, zsuwa. Już z powrotem, kręci głową. Coś cicho do Wiktora, a ten
do mnie.
- Roman nie żyje.
Jak? Skąd?W tym ukryciu, w kącie, przecież to
nijak...
- Może rykoszet? Od czego?
Żołnierz po prawej coś do mnie, ale nie rozumiem. Na
płacz mi się zbiera. Kurwa, w takiej chwili. Gruza się wdziera między nas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz