- Wracają, jak wyszli, we czwórkę. Nie, kogoś niosą
– ogłasza.
- Kogoś niosą, ktoś ocalał!
Wiktor z Pawłem zbiegają do nich po stoku. Stuchlik
trąbi w złożoną pięść.
- Tutututu!
- Idiota! – mówi jedna z tych jego bibliotekarek.
* * *
- Nic tam nie ma – Artur spokojny. W świetle ogniska
widać, jak zmęczony.
Już rozumiem, ale ludzie opadają ich, szarpią.
– Co? Co?
Ci ledwie dyszą. Ten ocalony to upolowany jeleń. Już
oprawiony, bez łba. Dlatego tak im zeszło. To niełatwe.
- Tam nic nie ma i nigdy nie było – powtarza Artur,
chciwie pijąc wodę z podanej mu plastikowej butelki.
- Tylko las i las. Tam, gdzie Kolina, piaszczysta
polana. Nic więcej. Nawet wykopaliśmy dziurę, bo się Robert uparł, ale tam nie
było nigdy żadnego wybuchu, ani miasta. Nic.
Teraz szczegółowo, wszyscy naraz. Gwar. Stuchlik
bierze mnie na bok, jakby chciał jakąś tajemnicę, ale on o jeleniu. To jego
dzień, jego tryumf. Cuchnie krwią, ścierwem, flakami.
- Weźcie i się umyjcie – mówię.
- Z łuku, z mojego łuku! Stał, rozumiesz, o dziesięć
metrów i patrzył, patrzył... Ja powoli, z namysłem, a chłopaków zamurowało.
Tylko ja, rozumiesz, tak cicho, aż napiąłem do końca i prosto w serce.
Najgorsze było to prucie, czyszczenie.
Chwali się, ale widzę, jak przeżywa, że jeszcze się
trzęsie, jak cięciwa w jego łuku, gdy zwolnił zabójczą strzałę. W świetle
ogniska jego oczy są czerwone, krwawe.
