czwartek, 17 września 2015

Lot ku Słońcu - Hej, dalej w las ciemny, straszliwy!

- Wracają, jak wyszli, we czwórkę. Nie, kogoś niosą – ogłasza.

- Kogoś niosą, ktoś ocalał!

Wiktor z Pawłem zbiegają do nich po stoku. Stuchlik trąbi w złożoną pięść.

- Tutututu!

- Idiota! – mówi jedna z tych jego bibliotekarek.

*  *  *
- Nic tam nie ma – Artur spokojny. W świetle ogniska widać, jak zmęczony.
Już rozumiem, ale ludzie opadają ich, szarpią.

– Co? Co?

Ci ledwie dyszą. Ten ocalony to upolowany jeleń. Już oprawiony, bez łba. Dlatego tak im zeszło. To niełatwe.

- Tam nic nie ma i nigdy nie było – powtarza Artur, chciwie pijąc wodę z podanej mu plastikowej butelki.

- Tylko las i las. Tam, gdzie Kolina, piaszczysta polana. Nic więcej. Nawet wykopaliśmy dziurę, bo się Robert uparł, ale tam nie było nigdy żadnego wybuchu, ani miasta. Nic.

Teraz szczegółowo, wszyscy naraz. Gwar. Stuchlik bierze mnie na bok, jakby chciał jakąś tajemnicę, ale on o jeleniu. To jego dzień, jego tryumf. Cuchnie krwią, ścierwem, flakami.

- Weźcie i się umyjcie – mówię.

- Z łuku, z mojego łuku! Stał, rozumiesz, o dziesięć metrów i patrzył, patrzył... Ja powoli, z namysłem, a chłopaków zamurowało. Tylko ja, rozumiesz, tak cicho, aż napiąłem do końca i prosto w serce. Najgorsze było to prucie, czyszczenie.


Chwali się, ale widzę, jak przeżywa, że jeszcze się trzęsie, jak cięciwa w jego łuku, gdy zwolnił zabójczą strzałę. W świetle ogniska jego oczy są czerwone, krwawe.

czwartek, 10 września 2015

Lot ku Słońcu - "Świt"

O tak, zwierzyny tutaj mnóstwo. Nie zna człowieka, patrzy niepłochliwie, dziwi się. Na razie tylko sarny, dziki, jelenie,  ale i drapieżniki być muszą. Aza przy nodze, na smyczy, bo już się puściła za sarną. Jeszcze ten czarny labrador przybłęda. On z kobietami, podkarmiony i wielce łaskawy. Też na sznurku wiedziony w nieznane.

Przed nami wzniesienie, poczesna dębina. Drzewa ogromne, rozłożyste. Tam odpoczniemy. Jedna rzecz, że tu żadnego pagórka nigdy nie było, ale jest. Nie ma za to rozlewisk, ani Warty, a powinny być. Ale najpierw trzeba się przebić przez gąszcz. Zatrzymujemy się, czekamy aż dojdą. Damy chwilę odpoczynku. Już są wszyscy. Mówię, że tam, na wzgórzu spędzimy noc, rozejrzymy się wreszcie po okolicy.

Siadamy w trawie. Odpoczywamy. Najgorzej z tą wodą, ale dopiero piętnasta. Jedni rozłożą obóz, inni pójdą, poszukają. Patrzę po twarzach. Różnie to wygląda, ale nastrój niezły, bo dzieci, bo psy, starsze panie. To jakoś tak rodzinnie, wycieczkowo. Nawet śmiechy. To dobrze.

- Pugu! Pugu! – z chaszczy. Głos męski, znajomy. Ale się wybrał dowcipnie.

- Kto tam? – nie mogę się powstrzymać.

- Stuchlik z ługu! – No jasne, któż by inny.

Wyłażą całkiem roześmiani, bo on nie sam. Stuchlik, dwie dziewczyny z miejskiej biblioteki i całkiem mała dziewczynka. On czysty, ale te umorusane, jak nieboskie stworzenia. Witamy się, kobiety do tamtych, Adam do nas.

- Wyciągałem je z bagna, takie nieusłuchane, że strach! Bo tam jest bagienko niewielkie, trzeba będzie obejść, chcieliśmy na wzgórze.

- Wy tak, bez niczego, na wycieczkę? – pyta Artur.

Stuchlik patrzy na rozłożone w trawie sterty naszego bagażu. Liczy, szacuje. W końcu się uśmiecha.

- Zaś tam, bez bagażu. Od wczoraj noszę, nosiliśmy z pannami. Dlatego tak wolno. Z kupki na kupkę. Jak się wreszcie na tym wzgórzu walnę to zakimam, jak suseł. A wy pewnie pod wpływem chwili, bo broni jak na wojnę. Ja też mam! – Odchyla kurtkę i pokazuje glocka w uprzęży.

- Dostałem od Kwiecińskiego, jeszcze karabin i dwa półautomaty dla panienek. A siekiery macie?
Patrzymy po sobie, że nie.

- A ja mam siedem, pięć trzeba oprawić, ale są. A tabletki do uzdatniania wody? A sprasowane, wysokoenergetyczne wojskowe porcje? A łuk bloczkowy i sto dwadzieścia strzał? A brzytwy? A opatrunki, antybiotyki, koce?


- Lekarstwa tak – wchodzę mu w słowo – Najgorzej z wodą...

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Lot ku Słońcu / Notatka 6 / Czas wróbli

Dżony wyjmuje jabłka z salaterki, rozkłada na obrusie i kiwa głową.

- Szesnaście jabłek, i o to właśnie chodzi.

Układa je w kwadrat, po cztery w rzędzie i uśmiecha się znacząco. Nie wiem do czego zmierza, spoglądam przez otwarte okno, by oderwać wzrok od jabłek, od Dżonego. Na drutach zbierają się wróble. Zaraził mnie i zaczynam je liczyć, ale one wciąż w ruchu. Przylatują, odlatują.

- A szesnaście miliardów jabłek, jak był ułożył szesnaście miliardów jabłek?
Wzruszam ramionami.

- Tak, samo.

- W czterech rzędach po cztery miliardy w każdym?

Liczy.

- Ej, ej... przyjmując dziesięć centymetrów na jabłko, dziesięć na metr, dziesięć tysięcy na kilometr, ej, ej... wychodzi, że miałbyś cztery rządy po czterysta tysięcy kilometrów.

Tracę cierpliwość.

- Uważasz, że szesnaście miliardów jabłek jest niemożliwe, przecież na Ziemi jest ich więcej, dużo więcej, istnieją, a to co istnieje zawsze można policzyć.

- To tylko słowa, to tylko słowa. Wróćmy w takim razie do czasu. Przyjmuje się, że wszechświat liczy czternaście miliardów lat. Jak to możliwe, skoro rok, jako taki istnieje znacznie krócej, można przyjąć, że po ustabilizowaniu się Układu Słonecznego...

- To tylko miara czasu, Dżony. Nie rozpatruj tak, nie mieszaj pojęć, skal...

- Ale ty jesteś... – obrusza się Dżony – W ogóle nie chcesz mnie zrozumieć, w ogóle.

Zapala papierosa i przez chwile obraca w palcach paczkę. Mam nadzieję, że nie zacznie liczyć papierosów. I faktycznie, nie liczy.

- Spójrz za okno – mówi w końcu – Na drucie siedzi akurat czternaście wróbli. Teraz przyporządkuj każdemu wróblowi miliard lat, ok? A teraz uważaj!
Podnosi się i gwałtownie porusza firanką. Wróble nic sobie z tego nie robią. Dżony wychyla się i woła do wróbli:

- Dalej, poszły mnie stąd, raz, raz!

Wróble nic, jak siedziały, tak siedzą. Nadal nie rozumiem, o co mu chodzi, ale czuję sympatię do tych skromnych ptaszków, które krzyżują jego plany. Chodnikiem przechodzi akurat sąsiadka Agata z bokserką na smyczy. Ze zdziwieniem patrzy na pokrzykującego przez okno brodacza. Dżony wycofuje się, siada zrezygnowany i wtedy wróble odlatują.

- O, widzisz, zobacz teraz! Wróble odleciały i co zostało? Drut został, linka energetyczna, oto co zostało! Tak samo jest z czasem, już nie udawaj takiego tępaka.

- Nie udaję tępaka, po prostu nie rozumiem, o co ci chodzi? do czego zmierzasz?

- Chodzi, zmierzasz – przedrzeźnia Dżony – Ty myślisz liniowo, twoje rozumowanie od punktu „a” do punktu „b” Jesteś jak szkapa dorożkarska z tymi klapkami na oczach.


To oryginalne, to mu się udało. Już się nie odzywam, tylko wstawiam wodę na kawę. Mam nadzieję, że w końcu zagramy w szachy. Przecież przyszedł do mnie z zegarem szachowym w reklamówce.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Lot ku Słońcu. Bitwa

Wskakują do okopu. Gruza się schyla, pod paletę wetknął flaszkę, chce poczęstować Srokę, na ten deszcz, po łyku. Pada, Sroka w błocie, na kolana. Gwizd, jakby śmiech z ciemności. Zewsząd. Rzucam się w bok, ale zaczepiam o jebaną deskę i w błoto.

- Dostał! Dostał!

Od nas, ci nowi, co ze Sroką, rżną w ciemność. Tylko rozbłyski. Ryk bitwy. Zbieram się, ale ręce chodzą na wszystkie strony. Oto mój kałach, ale nagle, ani jak, ani co? Odbezpieczyć, tu, tam. Palce nie słyszą rozkazów, klepią po zamku, lufie. Wreszcie tak, wspinam się z tego roztrzęsienia, kolanami po palecie, na chuj nam była paleta? Grzęznę. Jeszcze jeden z tych od Sroki, butem mnie w twarz, skurwysyn, nie, osuwa się, spływa w to błoto. Rozbłysk. Hełm mu zdarło. Jedno oko we mnie. Otwarte. Na jego miejsce,  muszę wyżej.

Jestem, strzelam, nic nie widzę, ale tam w dół, po skosie. Koło mnie błoto zasysa pociski. Nagle potworna jasność. Poszły flary na przedpole. Są. W tyralierze. Ludzie. I nie ludzie chyba, albo przebrane dzieci. Do nas walą i z góry, z drzewa koło kapliczki. 

Kurwa, wybiją! 

Ale żołnierze teraz celnie, tamci padają, łamią się, cofają. Znowu ciemniej, znowu flary. Zza pleców, pojedynczy strzał. W białej koronie olchy trafiony. Spada jebaniec na znicze, słoiki z kwiatami. 

Też strzelam, ale czy kogoś trafiam, nie mam pojęcia. Tu ucicha, ale Kolina warczy, błyska. Atakują zewsząd. Ile czasu? Nie mogę się ruszyć ze strachu. Przywarłem, omiatam lufą. Białe światło, teraz stabilne, trochę jak na szpitalnym korytarzu. Ukryli się, przypadli do ziemi. Po mojej lewej Wiktor i jeden od Sroki. Wiktor wyciąga rękę i dotyka mojej skroni.

- Dostałeś?

- Nie, chyba nie...

- Bo krew.

Aż się wzdrygam, ale żadnego bólu. Krew pewnie tego, co mnie butem w twarz. Leży taki  przekręcony, twarzą w błocie, kolana na tej jebanej palecie. 
Obok klęczy Gruza, gmera w ciemności pod sobą. 
Żyje - Jednak nie on. Sroka dostał, oddycham z ulgą, że nie nasz. 
Taka plemienność. 

Po prawej, dwaj od Sroki, niewzruszeni, wpatrzeni w przedpole, czujni, widać nie pierwszyzna. Dalej znowu nasz, skulony. Ma dość. Gdzie Roman? Do Wiktora:

- Gdzie Roman?

Czekam chwilę. Tam był, pod plandeką w kącie, z termosem. Teraz od tych płonących flar trochę i u nas jaśniej. W błocie posrebrza, opalizuje. Termos.

- Roman!

Cisza. Wiktor coś do żołnierza, ten się wychyla w tył, zagląda, zsuwa. Już z powrotem, kręci głową. Coś cicho do Wiktora, a ten do mnie.

- Roman nie żyje.

Jak? Skąd?W tym ukryciu, w kącie, przecież to nijak...

- Może rykoszet? Od czego?


Żołnierz po prawej coś do mnie, ale nie rozumiem. Na płacz mi się zbiera. Kurwa, w takiej chwili. Gruza się wdziera między nas. 

wtorek, 11 sierpnia 2015

Lot ku Słońcu / po wybrnięciu z bagna, jedziemy dalej

Po tym wszystkim ciężka, gorąca noc. Dom zaryglowany. Wszyscy na piętrze, ściśnięci strachem w pokojach chłopców. 
Roman pilnował, teraz ja, ale gówno spałem. On za to chrapie, jak zwykle. Monika z chłopcami. 

Ja od okna do okna, ze sztucerem, fachowo. Ciemność i cisza. Dopóki próbowałem zasnąć, całe miasto biegało, krzyczało, strzelało, megafony grzmiały. Teraz, jak na złość cisza. Tylko Aza za mną, krok w krok. Jaka dobra suczka. Ja wyglądam przez okno, ona też, łapki na parapecie. Ja na korytarz. Ona też, tup, tup. Woda jest, wieczorem włączyli generator w hydroforni na godzinę. 
Dobre i to. Wychylam się  przez północne okno, widzę posterunek. Palą papierosy, ale ani szmeru. Tylko ogniki w ciemności. Dobre i to.

Jutro wynosimy się do Wiktora, ze wszystkim, takie rozkazy, żeby zacieśnić linię obrony. Lepiej byłoby do rynku, do Marty, ale tam już są. Drzwi wywalili. Najpierw taka niby to rodzina, a potem po prostu, bo drzwi wywalone. Roman, zabawnie, spisał wszystkich z dowodów, że jak co zniszczą to ich obedrze. Może to i lepiej. Będzie Artur, Gruza, zawsze to broń, nasze strzelby.
Ruta zebrał swoich i odeszli na zachód. Nie do wiary, jeśli to prawda, co Artur.

- Nie mogę spać! – Aż podskoczyłem. Monika. Ta potrafi cicho.

- Wszyscy zginiemy, prawda?

- Nikt nie zginie, kochanie, nikt – próbuję jakoś. Gdybym tylko mógł ją przytulić, ale odsuwa się, podchodzi do okna.

- Co ty potrafisz? To wszystko jest na nic, wzięli nas do niewoli, dużo ludzi z nimi, zmuszą nas do bratobójczej walki, a potem...

- To nie są ludzie, oni...

- A ty jesteś człowiekiem? Tak mam myśleć po tym co zrobiłeś, i w takiej chwili – tylko troszkę podnosi  głos, ale z sypialni już:

- Mamo, mamusiu...

- Już idę kochanie, mamusia tu jest. Idę.


Znika w otwartych drzwiach, ale wróci, bo jeszcze nie wypowiedziała, jeszcze mnie nie dobiła. Aż zaciskam szczęki do bólu. Jaka ona niesprawiedliwa, i żeby akurat teraz. Pusty śmiech.

sobota, 8 sierpnia 2015

Podsłuchane pod sklepem GS / Tęcza


 Nie należę do grona publicystów, którzy nagle usłyszeli głos prostego ludu i cytują. Może dlatego, że sam jestem prostakiem. 

Kilka lat temu usłyszałem i użyłem w tekście, coś, co usłyszałem w wypełnionym autobusie  MZK, na trasie Konin – Golina..

- Wiesz co chciałbym mieć?
- Co?
-  Wrzód na plecach!
- Co??
- Przynajmniej miałbym coś własnego!

Dzisiaj, wychodząc ze sklepu, mijając faceta, który stojąc w kolejeczce przede mną kupił talię kart...

- Na chuj ci te karty?
- Włożę /nnn/ do trumny. Sobie pogra!
- W niebie nie gra się w karty
- We wojnę i w dupę, to nie! Tylko w porządne gry...
- W brydża...
- ?
- W brydża i w szachy się gra....