poniedziałek, 27 lipca 2015

16:20 / Strona sześćdziesiąta czwarta / Lot ku Słońcu

Wieczorem Roman ze strzelbami, trening na sucho. Dubeltówka i sztucer  łamany, no proszę, a taka ciapa. Niby zawsze coś przynosi na święta, poluje. Proponował nawet. Gdzież tam ja, do zwierząt ze strzelby. A teraz, no proszę. Gdzie ja, z moimi szablami, no chyba, że z bliska, w tłoku, na progu, pod gardło. 

Monika, jak sprawnie, lepiej ode mnie, od Romana, bez drżenia. Przeładowuje, składa, rozkłada. Moja zabijaczka. Jak, a tak! I już wie, już dobra, najlepsza. Roman z taką miną, jego chrześniaczka, w końcu.

Za książkami mam paczkę, ale fajki Romana na biurku. Zapalam. Jaki oddech, jak dymem w księżyc. Trzecia trzydzieści. Z oddali pies, Aza tylko uchem rusza, łapy wyciągnięte. Oko wpółotwarte, wpatrzone chyba w Księżyc.

*  *  *

- To byłeś wczoraj w końcu u Artura, bo znowu wydzwania. Zrozumiałam, że nie.

- Byłem, jasne – mówię szybko – ale jego nie było, poszedłem do szpitala, do Wiktora, a potem z Anką zaprowadziliśmy do domu. Już nie mógł wytrzymać na jednej sali z tym...

Wmawiam sobie, jej. Nawet lekko, ani chwili, bez wahania. Coś po drodze? A Roman pojechał na rynek, bo w sklepie nic, a tam wojsko rozdaje, do oporu. Mogłem się zabrać, szkoda.

- No, jak ktoś łazi po nocy, zaśpi. Przecież słyszałam. I paliłeś, a wiesz...

- Dobra, dobra. Musiałem wstać, nie rób z tego – podnoszę głos, zaraz w pokorę, ciszej.

- Kocham cię, zaraz wrócę.

- No, nie wiem – ona od niechcenia i do kuchni. Wymija mnie, wywija bokiem, broda zadarta. Zła.

Idę, upał gęsty. Na rynku poruszenie, bo chleb. Wszyscy chleb noszą. Jak oni do strefy, chyba przepychają, czy jak? Wciągają na linach? Chleb. Jedno chociaż z głowy, nakarmią nas, odzieją. Ale, po co prąd wyłączyli, chyba już nie trzeba ukrywać. Tu wszyscy wszystko wiedzą. Jak inaczej. A, żeby stąd...To nas chcą wygłuszyć, odciąć. Pewnie pracują nad tym. Nadrabiam drogi, żeby nie koło cmentarza, bo czuję, że pokusi, zboczy, w głowie zawróci samą bliskością, a ten dzwoni i dzwoni. Oj, magia. Tu wstyd i radość razem, a wokół ludzie z chlebami. Wraca Roman. Trąbi, macha przez okno, chce podwozić. Też macham, że dojdę. Chleb podnosi, pokazuje. Też się wybrał z nowinką.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz