Ares ociera się o moje nogi. Z
dezaprobatą patrzy do swoich misek, zaraz do stołu, bo mielonka. I znowu do
misek, jaka mowa ciała. Wyczuwa rozbawienie i hyc na kolana i czarny łepek na
ceracie. Odkrawam gruby plaster i kładę przed nim. Kociokwiczeniak łapą i z
łupem pod stół, skąd po chwili mlaskanie i mruczenie.
- Żresz, jak prosiak, jak jakiś kałmuk.
Przydałoby ci się trochę ogłady – pouczam, a on znowu do misek, znowu zniesmaczony,
aż prycha. Jaki biedny kot!
Widzę, dwóch mundurowych podchodzi do debatujących,
a Pawełek wskazuje na mój dom. Jacy oni troskliwi! Wstaję i wychodzę na spotkanie. Ścieżką
między krzewami herbacianych róż do niskiej drewnianej furtki, potem na ulicę.
Podchodzą. Zauważam, że patrzą niespokojnie, jakoś koso. Dociera do mnie, że trzymam
ten cholerny nóż.
- A, jadłem akurat kolację – mówię.
- Po ciemku pan jadł? – dziwi się
wyższy, rudy policjant i pyta, czy mogą wejść?
- Oczywiście, ale u mnie wszystko w
porządku, siostra śpi, nie chciałbym jej niepokoić.
- Może jednak wejdziemy – upiera się
rudy, wyraźnie zaniepokojony widokiem ostrza połyskującego w świetle latarni.
- Może jednak, nie! – Niespodziewanie dla
samego siebie podnoszę głos. – Jestem świadkiem w sprawie tego mordu, pół dnia
spędziłem na komendzie i chcę teraz spokojnie odpocząć. Macie sprawdzać
bezpieczeństwo mieszkańców. Rozumiem. Powiem wam coś. Gdybym miał karabin,
wyszedłbym przed dom z karabinem. Chyba wiecie, co się dzieje. Dla spokoju zaświecę
lampę, ok.?
Niższy, jasnowłosy, aby zapobiec
bezsensownie rodzącej się sprzeczce, uspokajającym gestem powstrzymuje wymianę
zdań i pyta o dom na Garbarskiej.
Pod trójką, w nieotynkowanej piętrówce
mieszkają Michalakowie. Dziwne, że tam jest cicho i ciemno. To liczna, nie
cicha rodzina. Trzy pokolenia, dziewięć żwawych osób. Najmłodszy jeszcze chodzi
do szkoły.
- Są... – szukając słowa, wykonuję
ostrzem noża ruch, odwzorowujący znak oznaczający nieskończoność.
- Sprawiają kłopoty? – pyta rudy.
- Jeśli ktoś ceni sobie spokój i
ciszę...
Po ich odejściu wracam do domu. Zapalam
światło w przedpokoju, niech mają, drzwi na zasuwę i z powrotem do stołu.
Talerzyk pusty. Świeci, bo ktoś wylizał. Ares śpi na parapecie. Pociągnięty za
ucho przeciąga się rozdzierająco. Drapię niewinne stworzonko za uchem. Kot
odpowiada mruczeniem. Komórka odzywa się na lodówce. Dzwoni Jacek. W tym
zamieszaniu zapomniałem wpaść do niego. Na Długiej polała się krew. Czuję, że
chce o czymś mówić, ale nie jest sam i nie może. Po co dzwoni, w takim razie?
- Jutro, wpadnę do ciebie. Jutro przed
południem. Na sto procent – mówię. Może wezmę ze sobą Artura, ok.?
- Jasne – odpowiada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz