poniedziałek, 20 lipca 2015

8:04 / Strona trzydziesta ósma / Lot ku Słońcu

O wejściu do kościoła nie ma mowy. Obszerne, rozłożone amfiteatralnie schody zapchane tłumem. Wybieramy miejsce w płytkim cieniu szpaleru wybujałych tui. Daleko, ale słychać. Pod stopami zmięta, pożółkła trawa. Wiktor marudzi, że skoro po dziesięciu latach, zdecydował się na mszę, niesprawiedliwe, że nie może się dopchać.

– Naszło się ludu – narzeka.

–Wiadomo, jak trwoga, to do Boga.

Na szczycie schodów, obok wystawionych na zewnątrz głośników, grupa oficjeli. Msza przebiega skupiona i nad żarliwa. Klękają zamiast kucać, jak to zwykle. Nawet śpiewają, podśpiewują wszyscy. Nastrój grozy sprzyja kazaniu, ale proboszcz zawodzi. Dużo przymiotników, bardzo dużo przymiotników, za dużo przymiotników.

- To z nerwów – mówi Wiktor.

Ktoś niewidoczny. Zza tui.

- Cicho tam!

Patryczek ukradkiem, zagląda, podgląda.

- Pan z brodą – szepcze do mnie.

Tamten skupiony, pewnie z religijności chrząka i szura. Czemu się chowa, nic nie widzi, woli cień. A na słońce nie łaska, skoro taki... I nie śpiewa. Zza tui tylko mruczenie, mruczando. Z brodą? Może krasnal – myślę. Nie mogę powstrzymać ciekawości. Krok w tył i drugi w bok. Z brodą. Przecież to ten facet, który wczoraj niósł pomarańczową donicę. Teraz bez donicy. Patrzy na mnie złym okiem.

*  *  *

Po mszy wychodzą i z góry, ze schodów, do wszystkich. Znowu proboszcz. Mówi. Na kościelnym placu wojsko rozbije namioty, gdzie każdy znajdzie schronienie, opiekę medyczną, psychologiczną i duchową. Kolejność mówców nieszczęśliwa. Większość zgromadzonych nie wie o zamknięciu miasta, a tu im szpital.

Potem burmistrz. Łamiący, zdenerwowany apeluje, a głos mu chodzi po rejestrach, skacze.  Apeluje byśmy pomagali, z siłami porządkowymi razem, przestrzegali wszystkich zaleceń i przepisów wydanych w związku. Ale nikt nie wie jakich i ludzie się burzą. Zaczynają dopytywać.

Jak to, że nie wolno wyjechać? 
A od jutra ewakuacja, a gdzie? 
A dlaczego za zgodą? I tak dalej. 

Burmistrz się jąka, łamie. W sukurs, gdzieś spod schodów, z najgęstszego tłumu rozlega się nagle przeraźliwy okrzyk:

- Wydajcie nam karabiny i granaty, sami pogonimy im kota!

Wszędzie rozpoznałbym ten głos. Szturcham Eryka i mówię:

– To pan Stuchlik, ozdoba Koliny i okolic.

Nie zrażony syknięciami, ani apelami, by się przymknął Orzeł z Bernardynki wydziera się jeszcze głośniej. Odwracając uwagę od burmistrza. Jeszcze jego koleżka dodaje mu powagi. Woła:

- Słuchajcie głosu człowieka z telewizji!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz