O wejściu do kościoła nie ma mowy.
Obszerne, rozłożone amfiteatralnie schody zapchane tłumem. Wybieramy miejsce w
płytkim cieniu szpaleru wybujałych tui. Daleko, ale słychać. Pod stopami
zmięta, pożółkła trawa. Wiktor marudzi, że skoro po dziesięciu latach,
zdecydował się na mszę, niesprawiedliwe, że nie może się dopchać.
– Naszło się ludu – narzeka.
–Wiadomo,
jak trwoga, to do Boga.
Na szczycie schodów, obok wystawionych
na zewnątrz głośników, grupa oficjeli. Msza przebiega skupiona i nad żarliwa. Klękają
zamiast kucać, jak to zwykle. Nawet śpiewają, podśpiewują wszyscy. Nastrój grozy
sprzyja kazaniu, ale proboszcz zawodzi. Dużo przymiotników, bardzo dużo
przymiotników, za dużo przymiotników.
- To z nerwów – mówi Wiktor.
Ktoś niewidoczny. Zza tui.
- Cicho tam!
Patryczek ukradkiem, zagląda, podgląda.
- Pan z brodą – szepcze do mnie.
Tamten skupiony, pewnie z religijności chrząka
i szura. Czemu się chowa, nic nie widzi, woli cień. A na słońce nie łaska,
skoro taki... I nie śpiewa. Zza tui tylko mruczenie, mruczando. Z brodą? Może
krasnal – myślę. Nie mogę powstrzymać ciekawości. Krok w tył i drugi w bok. Z brodą.
Przecież to ten facet, który wczoraj niósł pomarańczową donicę. Teraz bez
donicy. Patrzy na mnie złym okiem.
*
* *
Po mszy wychodzą i z góry, ze schodów,
do wszystkich. Znowu proboszcz. Mówi. Na kościelnym placu wojsko rozbije
namioty, gdzie każdy znajdzie schronienie, opiekę medyczną, psychologiczną i
duchową. Kolejność mówców nieszczęśliwa. Większość zgromadzonych nie wie o
zamknięciu miasta, a tu im szpital.
Potem burmistrz. Łamiący, zdenerwowany apeluje,
a głos mu chodzi po rejestrach, skacze. Apeluje
byśmy pomagali, z siłami porządkowymi razem, przestrzegali wszystkich zaleceń i
przepisów wydanych w związku. Ale nikt nie wie jakich i ludzie się burzą.
Zaczynają dopytywać.
Jak to, że nie wolno wyjechać?
A od
jutra ewakuacja, a gdzie?
A dlaczego za zgodą? I tak dalej.
Burmistrz się jąka,
łamie. W sukurs, gdzieś spod schodów, z najgęstszego tłumu rozlega się nagle
przeraźliwy okrzyk:
- Wydajcie nam karabiny i granaty, sami
pogonimy im kota!
Wszędzie rozpoznałbym ten głos.
Szturcham Eryka i mówię:
– To pan Stuchlik, ozdoba Koliny i okolic.
Nie zrażony syknięciami, ani apelami, by
się przymknął Orzeł z Bernardynki wydziera się jeszcze głośniej. Odwracając
uwagę od burmistrza. Jeszcze jego koleżka dodaje mu powagi. Woła:
- Słuchajcie głosu człowieka z
telewizji!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz