- Jutro będzie dzień środka czasu. Od
wielkiego wybuchu minęło czternaście miliardów sześćset czterdzieści milionów
osiemset dwadzieścia tysięcy pięćset czterdzieści lat, sześć miesięcy i
czternaście dni. Jutro jest dzień środkowy. Potem pójdzie z górki.
- Co pójdzie z górki? Uszom nie wierzę,
co wymyślił.
- Czas!
- Co ty pleciesz, jak to obliczyłeś?
- Na komputerze, dane wyjściowe to
podstawa. – Ma minę nietęgą. Myślał, że zakrzyknę, może w uniesieniu. Coś
mamrocze.
- Czternaście miliardów z kawałkiem, czy
wszechświat to guma od majtek? – Zły jestem, że w takie się wdaję rozmowy.
Obliczył. Dobre sobie, a kto to sprawdzi?
Jakby słyszał moje myśli.
- Margines błędu nie szerszy niż miliard
lat. – Uśmiecha się.
Jakbym go trzasnął! Ale on umiera na
raka. Moja cukrzyca przy jego raku to bal debiutantek. Chorego trzaskał nie
będę. Umierającego. On znika. Już połowa człowieka. Zniknie w trumnie, przykryją
go kwiatami, różańcem, świętym obrazkiem. Ateistę zniszczą w zwłokach pogodzonych
ze wszystkim, z tym jego wszechświatem.
- I co dalej? – pytam.
Wznosi oczy ku niebu, jakby z idiotą. Jakby
z idiotą rozmawiał.
- Co dalej? Boga się spytaj, on wie.
Odchodzi, coraz mniejszy i mniejszy. Kroki
cichsze i cichsze. Zapach człowieka wiaterek rozwiewa tak szybko, że nawet psi nos
jest bezradny. Środek czasu we wtorek? Dobre sobie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz