niedziela, 19 lipca 2015

12:05 / Notatka

12:05
Zwiedzam ogródek. Sam na tym piaseczku. Jaka tam gleba, przecież to w ogóle... Ale studnia płytka. Wiadro spuszczam, podlewam, to rosną. Dzisiaj spokój, bo ulewa, ale jutro? Jak ta ziemia łakoma. Na mnie czeka? 
Zje mnie, o ile nie padnę całkowicie i państwo mnie nie spopieli, jako...  Ale z takiego powodu się spieszyć?

Żeby to mieć chociaż pewność, że raz, na dobre w nieskończoność, albo jak ten chwast, nie do pozbycia. Truję, szarpię, wyrywam, miażdżę, a on silny zielony się pleni. Z korzonka, cząstki, w ciemności, nie do pokonania. Człowiek. Ja. Ale do czasu, dopóki świat działa. Czas. To wszystko się bierze ze Słońca. Taka siła. Obiorę kalarepę i zjem, a zaraz potem wracam  do pisania.
Gdzież tam, do pisania! 
Dzieci wracają z pobytu, wnuki nawet. 
Skąd u mnie, takiego młodego, wnuki?

I kocyk pod orzechem. Żona przebolała, chociaż żółty. Poduszka, papierosy, woda mineralna donoszona z piwnicy. Czytam szwedzki kryminał. Nawet latem potworny. Sztokholm, Hiszpania. 
Tu, tamtędy i owędy. Narkotyki, morderstwa i dziennikarka szmatławca. Szef upierdliwy, koleżanki zdradzieckie. Bohaterka się miota, ma chcice. Były mąż, kochanek. Wszędzie napięte mięśnie, telefony komórkowe, krewetki, morze, Gibraltar. 

W końcu bohaterka idzie do kibla szczać. Telefon. 
Przerywa szczanie. 
Zapina portki. Rozmawia. 
Znowu szcza.
To za wiele.

Będzie z tego film, a potem amerykańska wersja, bez szczania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz