12:05
Zwiedzam ogródek. Sam na tym piaseczku. Jaka tam
gleba, przecież to w ogóle... Ale studnia płytka. Wiadro spuszczam, podlewam,
to rosną. Dzisiaj spokój, bo ulewa, ale jutro? Jak ta ziemia łakoma. Na mnie
czeka?
Zje mnie, o ile nie padnę całkowicie i państwo mnie nie spopieli,
jako... Ale z takiego powodu się
spieszyć?
Żeby to mieć chociaż pewność, że raz, na dobre w
nieskończoność, albo jak ten chwast, nie do pozbycia. Truję, szarpię, wyrywam,
miażdżę, a on silny zielony się pleni. Z korzonka, cząstki, w ciemności, nie do
pokonania. Człowiek. Ja. Ale do czasu, dopóki świat działa. Czas. To wszystko
się bierze ze Słońca. Taka siła. Obiorę kalarepę i zjem, a zaraz potem
wracam do pisania.
Gdzież tam, do pisania!
Dzieci wracają z pobytu,
wnuki nawet.
Skąd u mnie, takiego młodego, wnuki?
I kocyk pod orzechem. Żona przebolała, chociaż żółty.
Poduszka, papierosy, woda mineralna donoszona z piwnicy. Czytam szwedzki
kryminał. Nawet latem potworny. Sztokholm, Hiszpania.
Tu, tamtędy i owędy. Narkotyki,
morderstwa i dziennikarka szmatławca. Szef upierdliwy, koleżanki zdradzieckie. Bohaterka się miota, ma chcice. Były mąż,
kochanek. Wszędzie napięte mięśnie, telefony komórkowe, krewetki, morze, Gibraltar.
W końcu bohaterka idzie
do kibla szczać. Telefon.
Przerywa szczanie.
Zapina portki. Rozmawia.
Znowu
szcza.
To za wiele.
Będzie z tego film, a potem amerykańska wersja, bez
szczania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz