sobota, 18 lipca 2015

4:36 / Strona pierwsza / Lot ku Słońcu

04:36

Obudziła mnie ulewa. Do pracy. Oczy bolą, kleją się, a trzeba. Bez smaku to pisanie. Nawet ptaszki jeszcze cicho. Samochody cicho. Gdzieś daleko kogut. O, drugi. Też nieśmiało, jakoś zwiędle. Toć niedziela! Lipiec! Nie martwcie się, nie myślcie o rosole, wy miejskie, wy ozdobne!
Śmielej golińskie koguty. Jest trzeci, ale karmazyn sąsiadów śpi jeszcze, bo ten jak się wydrze. Teraz psy, te nocujące na dworze. Też nieśmiało, głucho, daleko. Deszcz ustał. Znowu cisza. Dom w przewiewach. Ale ciemno jakoś. Niewygodnie, bo pisać trzeba to samo i to samo, i w końcu, ile razy można zaczynać.
W pierwszej osobie. Fantastyka, albo literatura faktu dla tych, którzy pamiętają, ale nie ma takich. Zadbałem o to.


Psy wszędzie, sny prorocze


- Kurwa!
 Ale, kurwa, pojebany sen – dodaję, siadając w pościeli.

- Nie wyrażaj się – karci mnie żona i śpi dalej. Taka czujna. Gdybym powiedział coś ładnego, najwyżej mruknęłaby. Chcę to sprawdzić, ale do głowy nie przychodzi mi żadne ładne słowo, które mógłbym wykrzyczeć. Rzucam się na wznak, zamykam oczy i dla rozrywki próbuję przywołać przeżyte we śnie okropności. Nic z tego. Już wyblakły. Odpływają. Patrzę na zegarek. Jest ósma trzynaście.  

Firana zalotnie faluje w otwartych drzwiach balkonu. Spoglądam na nagie ramię żony i próbuję bez przekonania, wkraść się w jej łaski. Odpycha mnie, mrucząc gniewnie. Nie tak drzewiej bywało. I zaraz strata. Mógłbym zacząć powieść od sceny erotycznej, zaciekawić potencjalną czytelniczkę swoją potencją. Może nawet pójść w kierunku romansu, zrobić się księciem, brylować w pałacu. Przybrać żeński pseudonim. Kobiety czytają więcej i dokładniej. Kobiety wybierają książki do bibliotek. Kobiety szpanują oczytaniem. Mężczyźni w obcisłych, świecących majtkach latają pod chmurami, jako super bohaterowie. Jeszcze, dla dzieci, dla niedojrzałych, niesamodzielnych.


No dobra, wstaję. Nie po to kupiliście książkę, na obwolucie której, wydawca nasmarował, że jest fantastyczna, by narrator wylegiwał się w łóżku i marudził. Nawet w sobotę. Nawet na urlopie. Wychodzę na balkon, ale szybko się cofam. Sąsiadka niesie kosz z praniem. Już, tak rano....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz