Po tym wszystkim ciężka, gorąca noc. Dom
zaryglowany. Wszyscy na piętrze, ściśnięci strachem w pokojach chłopców.
Roman
pilnował, teraz ja, ale gówno spałem. On za to chrapie, jak zwykle. Monika z
chłopcami.
Ja od okna do okna, ze sztucerem, fachowo. Ciemność i cisza. Dopóki
próbowałem zasnąć, całe miasto biegało, krzyczało, strzelało, megafony
grzmiały. Teraz, jak na złość cisza. Tylko Aza za mną, krok w krok. Jaka dobra
suczka. Ja wyglądam przez okno, ona też, łapki na parapecie. Ja na korytarz.
Ona też, tup, tup. Woda jest, wieczorem włączyli generator w hydroforni na
godzinę.
Dobre i to. Wychylam się przez
północne okno, widzę posterunek. Palą papierosy, ale ani szmeru. Tylko ogniki w
ciemności. Dobre i to.
Jutro wynosimy się do Wiktora, ze wszystkim, takie
rozkazy, żeby zacieśnić linię obrony. Lepiej byłoby do rynku, do Marty, ale tam
już są. Drzwi wywalili. Najpierw taka niby to rodzina, a potem po prostu, bo
drzwi wywalone. Roman, zabawnie, spisał wszystkich z dowodów, że jak co
zniszczą to ich obedrze. Może to i lepiej. Będzie Artur, Gruza, zawsze to broń,
nasze strzelby.
Ruta zebrał swoich i odeszli na zachód. Nie do
wiary, jeśli to prawda, co Artur.
- Nie mogę spać! – Aż podskoczyłem. Monika. Ta
potrafi cicho.
- Wszyscy zginiemy, prawda?
- Nikt nie zginie, kochanie, nikt – próbuję jakoś.
Gdybym tylko mógł ją przytulić, ale odsuwa się, podchodzi do okna.
- Co ty potrafisz? To wszystko jest na nic, wzięli
nas do niewoli, dużo ludzi z nimi, zmuszą nas do bratobójczej walki, a potem...
- To nie są ludzie, oni...
- A ty jesteś człowiekiem? Tak mam myśleć po tym co
zrobiłeś, i w takiej chwili – tylko troszkę podnosi głos, ale z sypialni już:
- Mamo, mamusiu...
- Już idę kochanie, mamusia tu jest. Idę.
Znika w otwartych drzwiach, ale wróci, bo jeszcze
nie wypowiedziała, jeszcze mnie nie dobiła. Aż zaciskam szczęki do bólu. Jaka
ona niesprawiedliwa, i żeby akurat teraz. Pusty śmiech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz