piątek, 31 lipca 2015

15:27 / strona siedemdziesiąta siódma / Wyznanie

- Bez papierów, znajomości, przez Polskę... Granica przecież, ale mieliśmy te dolary, też niebezpiecznie, ale otwierały drzwi, serca łakome. Brat był starszy, on prowadził. Mniejsza z tym. Tutaj... W Kolinie mieszkał stryj z żoną. W trzydziestym siódmym byliśmy z bratem na wakacjach. Chciałbym móc powiedzieć, że Bóg nas szczęśliwie przeprowadził, ponieważ cały czas miałem przy sobie tę biblię, ale dolary...

- Dużo? – Artur przechylił się przez stół i dolał sobie kawy.

- Ogromna suma. Po wszystkim, do Koliny przywieźliśmy prawie czterdzieści tysięcy. Tyle, że stryja i stryjenkę wywieźli, zabili. W ich domu mieszkał szkopski policjant, rodzinę ściągnął. Nie wiedzieliśmy, co dalej? Wtedy ojciec tego waszego komucha Kukli, to wtedy był chłopak. nie miał jeszcze dwudziestu lat, ale był obrotny, jak sam diabeł. Za tysiąc dolarów dał nam schronienie w tej piwnicy. Młody miał jakieś pole, ale żył z handlu, a potem to już z nas. Nie, wtedy to było całkiem uczciwe z jego strony. Bardzo bystry młodzieniec. Aż dziwnie to powiedzieć, ale w tej norze żyliśmy całkiem znośnie. Mieliśmy też awaryjne wyjście. Panowie je przecież znaleźli. Nocami wypełzaliśmy i leżeliśmy w trawie patrząc na gwiazdy.

Oddycha łapczywie, milknie.

- Cóż. Niemcy odeszli, przyleźli Kacapy. Czekaliśmy aż sytuacja się uspokoi, z tymi dolarami, bez papierów. Kukla nam obiecał. Ludzie wędrowali. Polska... Mniejsza z tym.

- Dni mijały. Kukla, trzeba to przyznać, znacznie obniżył ceny. Wszystko zmierzało ku szczęśliwemu zakończeniu, gdy pewnej nocy znowu miałem ten sen i następnej też.  Na Polesiu spudłowało. W piwnicy przyczepiło się do Andrzeja. Uwalniało się. Ja miałem być ofiarą, którą złoży. Mój brat i najlepszy towarzysz, jakiego miałem w życiu przestał być moim bratem. Nocą starałem się nie zasnąć, ale zostałem zabrany w takie miejsce. Pewnie straciłem przytomność. Będąc tam zrozumiałem...


- Pan zabił swojego brata! – odzywa się milczący dotąd Gruza.

Fasola obrodziła!



poniedziałek, 27 lipca 2015

16:20 / Strona sześćdziesiąta czwarta / Lot ku Słońcu

Wieczorem Roman ze strzelbami, trening na sucho. Dubeltówka i sztucer  łamany, no proszę, a taka ciapa. Niby zawsze coś przynosi na święta, poluje. Proponował nawet. Gdzież tam ja, do zwierząt ze strzelby. A teraz, no proszę. Gdzie ja, z moimi szablami, no chyba, że z bliska, w tłoku, na progu, pod gardło. 

Monika, jak sprawnie, lepiej ode mnie, od Romana, bez drżenia. Przeładowuje, składa, rozkłada. Moja zabijaczka. Jak, a tak! I już wie, już dobra, najlepsza. Roman z taką miną, jego chrześniaczka, w końcu.

Za książkami mam paczkę, ale fajki Romana na biurku. Zapalam. Jaki oddech, jak dymem w księżyc. Trzecia trzydzieści. Z oddali pies, Aza tylko uchem rusza, łapy wyciągnięte. Oko wpółotwarte, wpatrzone chyba w Księżyc.

*  *  *

- To byłeś wczoraj w końcu u Artura, bo znowu wydzwania. Zrozumiałam, że nie.

- Byłem, jasne – mówię szybko – ale jego nie było, poszedłem do szpitala, do Wiktora, a potem z Anką zaprowadziliśmy do domu. Już nie mógł wytrzymać na jednej sali z tym...

Wmawiam sobie, jej. Nawet lekko, ani chwili, bez wahania. Coś po drodze? A Roman pojechał na rynek, bo w sklepie nic, a tam wojsko rozdaje, do oporu. Mogłem się zabrać, szkoda.

- No, jak ktoś łazi po nocy, zaśpi. Przecież słyszałam. I paliłeś, a wiesz...

- Dobra, dobra. Musiałem wstać, nie rób z tego – podnoszę głos, zaraz w pokorę, ciszej.

- Kocham cię, zaraz wrócę.

- No, nie wiem – ona od niechcenia i do kuchni. Wymija mnie, wywija bokiem, broda zadarta. Zła.

Idę, upał gęsty. Na rynku poruszenie, bo chleb. Wszyscy chleb noszą. Jak oni do strefy, chyba przepychają, czy jak? Wciągają na linach? Chleb. Jedno chociaż z głowy, nakarmią nas, odzieją. Ale, po co prąd wyłączyli, chyba już nie trzeba ukrywać. Tu wszyscy wszystko wiedzą. Jak inaczej. A, żeby stąd...To nas chcą wygłuszyć, odciąć. Pewnie pracują nad tym. Nadrabiam drogi, żeby nie koło cmentarza, bo czuję, że pokusi, zboczy, w głowie zawróci samą bliskością, a ten dzwoni i dzwoni. Oj, magia. Tu wstyd i radość razem, a wokół ludzie z chlebami. Wraca Roman. Trąbi, macha przez okno, chce podwozić. Też macham, że dojdę. Chleb podnosi, pokazuje. Też się wybrał z nowinką.


niedziela, 26 lipca 2015

7:14 / Negocjacje

Wasz Bóg jest daleko. Nie twierdzę, że nie istnieje, ale sami przyznacie, że wasze prośby, błagania, są dla niego, niczym szum traw na wietrze. Można się wsłuchać. Można, ale co można uczynić dla trawy? Podlać, skosić, napaść nią bydło, spalić?

Nie przyjmuj tłumaczenia, że ma na głowie cały Wszechświat. To zbyt łatwe. Kiedyś był inny, bardziej skoncentrowany na was, prawda? Tak, jasne. Facet samotny, jak kukła. Potem kobieta, patologiczna rodzina, gdzie brat zabija brata, plemię, jeden naród, planetę, układ słoneczny, galaktykę, wszechświat. Każdy może się w końcu pogubić.

Ale popatrz na mnie, jaki jestem skoncentrowany, jaki uczciwy! Zrobię dla ciebie wszystko, o co poprosisz. No, prawie wszystko. Zapętlę czas, otworzę drzwi do wielu światów, dla ciebie, miły człowieku. Z mojego Drzewa Wiadomości zerwiesz tyle jabłek, ile zechcesz. Możesz robić z nich nawet przetwory, dżemy. Mnie nie zależy.

I nie chcę twojej duszy. Wystarczy, że okażesz szacunek, dasz prezent, drobny upominek, ale ze szczerego serca, z wiarą. Wtedy zrobię dla ciebie wszystko. No, prawie wszystko.

Pytasz, jaki upominek? 

Łakniesz szczegółów, recept. Dobrze!

Jeśli łakniesz mało, ofiarowujesz niewiele. Jeśli dużo, wiele. To proste, musi być zachowana równowaga. Pomyśl, tylko pomyśl, co możesz dostać za serce swojego dziecka? Odpowiadam. Im bardziej je kochasz, tym więcej.

Za duszę?

Co ty z tą duszą?


sobota, 25 lipca 2015

9:09 / Strona pięćdziesiąta czwarta / Agnieszka

Jestem zmęczony. To osiedle obce, rzadko tutaj, w ogóle nie chodzę, bo po co? Za blokami same domki, aż hen. Ruszam drużką, skrót niby, bo tu dom niedobudowany. Fundament zarośnięty, jakieś dechy, pryzmy jasnego żwiru. Plecami trę o siatkę, a i tak muszę wytrzepać sandały. Jest dom seledynowy. Za nim w lewo faktycznie droga z widokiem na cmentarz. Prosto, bez posterunków, barier, ale bezludna. Ledwie idę, żadnego cienia. Cholera!

Nagle ona. Ręce w górze, na coś wskazuje, zbliża się tanecznie. Bosa, biała ze słońca, aż oczy bolą.

- Żagle na niebie! Złote okręty... Jakie to piękne! – Najwyżej trzydziestoletnia w jakimś uniesieniu. 

Ona patrzy w niebo, to ja próbuję minąć, przyspieszam, ale gdzież tam. Niby nieobecna, a drogę zabiega, łapie za ramię. Palce wąskie, wysmukła, czarne włosy do ramion. Cofam się, próbuję uwolnić ramię, ale ona wprost w oczy, z bliska. Pachnie jaśminem.

- Kąpałam się w chłodnej wodzie i zobaczyłam je w lustrze. Mają trójkątne żagle i wiozą niezwykłe skarby – mówi spokojnie. Opuszcza wzniesione ręce. - Jest noc, chodź do mnie, uczcimy święto ofiarowania, jak pragniesz.

Przytrzymuję za przeguby, bo próbuje zdjąć sukienkę przez głowę. Piersi wysokie, sutki sterczące ku mnie. Niby bezludzie, ale nagle w ogródkach, w oknach twarze. Ciekawi, czują wydarzenie. Obcy szarpie kobietę. Ona bosa, on w sandałach. Sensacja.

- Ta dziewczyna potrzebuje pomocy, czy ktoś wie gdzie mieszka?

To znowu bezludzie, twarze znikają, zostają włosy, potylice. Nikogo nie ma, wszyscy zajęcie, odrabiają lekcję z przeżycia. Ona próbuje się uwolnić. Ja łagodnie, ona piszczy. Puszczam, a niech to, zaraz zacznie wrzeszczeć, szalona.

Puszczona, przytula się ciałem, lgnie, drży, serce serduszko.

- Już dobrze, mój kochany, już dobrze. – szepcze.

Muszę ją odprowadzić, przecież szalona. Piękna i szalona. Biedna taka. Pytam, gdzie mieszka, kiwa głową, nagle zrezygnowana, pogodzona z losem. Niedaleko, pokaże. Oczy wesołe teraz, jak dziewczynka, a pewnie ma swoje trzydzieści lat. Taka świeża, jaśminem pachnąca, a szalona, że szkoda. Pewnie się martwią o nią, biedną. Idziemy prawie w milczeniu. Tylko ona cichutko: tędy, tędy... 

Jakie to osiedle wielkie, same nowe domy, wszędzie tynkują, ogradzają. Cmentarz się oddala, niknie za kolejnymi zakrętami. Piasek, kurz a ta boso, zbyt śmiało a może szkło, kolec. Myśl, że może ją na ręce, pewnie lekka, biedactwo. Samemu sobie w pysk tylko dać za takie myśli.

Wreszcie dom. Nowy, jeszcze nieogrodzony, seledynowy. To my taką wyprawę, takimi labiryntami, ścieżkami po to, żeby wrócić prawie w to miejsce. Patrzę w głąb drogi. Nie widzę teraz cmentarza tylko tył jakiegoś sklepu. Ale zaraz ta działka, ten fundament. Pryzmy żwiru.

- Coś ci jest, źle się poczułeś, kochanie? – pyta.

- Co? Mnie?

Bierze  za rękę, prowadzi ku drzwiom czarnym, błyszczącym.
-
 Chwilę posiedzisz, zrobię ci coś do picia, uspokoisz się.

Tego już za wiele, ale wchodzę posłusznie. Od razu salon. Parkiet lśni, meble w pakach, skrzynie, jedno krzesło na środku. Dom pusty, nadzieja, że ktoś pomoże, zajmie się płonna. Może sąsiedzi, ale gdzież tam. Przecież głowy odwrócone, włosy, potylice. 

Kuchnia urządzona pięknie, same jakości bez zbędnego przepychu. Siadam, ona zakrzątana, normalna, kroi cytrynę. Odruchowo sięgam po magazyn leżący na stole. Odwracam, Kwartalnik Bellona. Jeszcze dziwniej.

- Mam na imię Agnieszka – mówi znad dzbanka, znad cytryny, znad krojenia mięty.


Próbuję oderwać wzrok, ale nie mogę. 

środa, 22 lipca 2015

6:41 / Notatka


- Na pożegnanie wyświetlę film – mówi Minotaur.

Wygląda na szczęśliwego, ma w labiryncie wszelkie udogodnienia. Nie, żeby zaraz grający melodie kibelek, ale bieżącą wodę, ekspres do kawy, biblioteczkę, kino domowe.

- Kino labiryntowe – śmieje się Minotaur.

Ma pudelka, świnki morskie, kilka garniturów i sukienek, bo on chyba różnie. I lampę i skórzane fotele, wielkie jak łodzie rybackie. Ma i łódź, i barek, i kostkarkę do lodu.

- I przestrzeni, ile zapragnę w labiryncie – dodaje Minotaur.

Ja po wywiad. Bezpieczny, bom nie młodzieniec, nie panna. On też niczego sobie. Kark byczy, spogląda bokiem, jak kruk. Ćwiczy codziennie we własnej siłowni. Nic dziwnego, ma czas. 
Opowiada o życiu, swoich marzeniach, trochę geopolitycznie, trochę popkulturowo. Nawet ciekawie, z zębem.

Przerwa na szklaneczkę.

- Ariadna – woła – Kochanie!

- Zaraz przyjdę, już kończę!

To jednak nie jego sukienki. Szkoda. Ariadna, dziwne imię, gdzieś słyszałem, cholera, człowiek taki zapędzony w redakcji.

- Jaka to kobieta, jaka gospodyni. Wiśnie dryluje, setki wiśni. Cała we krwi wiśniowej, pachnącej.

Tak mnie jakoś, w kontekście, nagle, a on cap dyktafon. Wyłącza. Ręka sękata, prawie łapa. Wstaje, łbem pod sufit. Niedobrze, czy tylko pokaz? Pokaz. Ja z ulgą, on się śmieje.

- W tym świetle, jak tak trochę ramionami, sam pan widział. Jest coś, nie?

Oj, jest, jest.

- Panie Minotaurze – włączam dyktafon – Panie Tezeuszu, co pan sądzi o kulcie Kosmicznej Maciory zjadającej własne prosięta?

- Cóż – zakłada nogę na nogę, odchyla się w tył. – Ludzie tam, poza labiryntem, to w większości barbarzyńcy, niewolnicy czasu. Przepraszam, jeśli pana uraziłem – uśmiecha się miło i unosi szklaneczkę.

- Na zdrowie!


9:10 / Strona czterdziesta piąta / Lot ku Słońcu

Nieważne. Już lepiej, spokojniej. Pod namiotem, już mnie biorą, czyszczą, szyją, bandażują. Tu się dopiero rozpakowują, a już pacjent i do tego ja. Rozglądam się. Wojskowi, zakonnice biegają całe przejęte. Tego dnia, drugi raz na poświęconej ziemi. 
Jasna... Nagle rumor, tupanie. Niosą jakiegoś na noszach. Koło mnie. Ława! Przypięty pasami, nagle wrzeszczy, rzuca kurwami, co jest? Przecież łeb rozbity, mózg na wierzchu, martwy a tutaj...
Leżę. Nie boli, ale w ambulatorium Ława dokazuje. Wszystko słyszę.

- On nie żyje, nie żyje!

- Nie żyje, nie żyje... – przedrzeźnia Ława.

Potem znowu oni, między sobą.

- Może aparatura zepsuta?

- Jasne, kurwa, a gdzie puls, oddech, zobacz, jakie źrenice! Przecież my go za trupa, tam w trawie jeszcze mózgu, co mi tu?

- Mózg, mózg – śmieje się Ława, z daleka, po głosie zupełny on, jasno i przytomnie. Za mądry to on nie jest, nie był. I znowu oni.

- Jak mam go uśpić do zabiegu, skoro on nie żyje? Trup! – złości się anestezjolog. Koło mnie chirurg leci, ręce w górze, do zabiegu. Ledwie spojrzał. Tam wszyscy się drą, Ławę zakrzykują.

- Tu jest patolog potrzebny, sekcje mu zróbcie. – Teraz jeszcze chirurg do kompletu. Ale zły! Co za słownictwo!

- Sekcję gimnastyczną – drze się Ława.

Wraca chirurg.

- Panie doktorze, co tam jest?

Bierze krzesełko, siada. Patrzy na mnie, jakby szacował, czy skoro już się przygotował, mógłby chociaż mnie pokroić. Wzdycha, ręce do kieszeni.

- Nic takiego. Nieżywy pacjent się awanturuje. Obwiązali mu łeb i starczy. Po co mnie w ogóle wzywali, co tu do roboty dla chirurga, jak on jednej czwartej mózgu nie ma, a kości w drzazgach. 
Niech się drze. Może jak ożyje i będzie można go uśpić, uzupełnimy jakimś plastikiem.

- Niech pan powie, dlaczego nie do prawdziwego szpitala?

Patrzy na mnie obojętnie, ale nie o rozkazach, tylko.

- Nikomu nie wolno opuszczać strefy. Wyznaczyli takie koło. Otaczają wszystko. Coś się stało dzisiaj po południu. Jacyś ludzie umarli, wyszli poza i umarli. Odcinają wszystko, nim sprawdzą, potwierdzą.

Ten mnie wyczuł, usłyszał? Tego jeszcze brakowało.

- Wiktor, jebany szczęściarzu! Ten młody, ale mnie jebnął, no zabił, ale ja mu... Wiktor, trzymaj ze mną, bo inaczej... A żywy stąd nie wyjdzie nikt! – podśpiewuje, skanduje, podśpiewuje – A żywy stąd nie wyjdzie nikt!



wtorek, 21 lipca 2015

10:14 / Notatka

10:14

Nagle Anioł Stróż mailem. Siada na biurku. Niewielki.

W sam raz, ale czy mądry? Nie wiem, że prawdomówny, chyba. To tak! Jak inaczej? Otrzepał skrzydła z wirusów, poprawił okulary, rozkłada tablice, wyliczenia. Żadne tam pergaminy, zwykły Excel.

Czytam. Aż tak, że aż tak? Jak to? I dokładniej. I ciach druga tabela, obszerna, w przeliczeniu na słowo, na znak, na zamyślenie. Prąd zużyty, papierosy, kawa, czas zniknięty, zmarnowany. To ostatnie najtańsze. 

Wzdycha, szepcze, wzrusza skrzydłami.
Nie daje nadziei, sensu. Anioł pragmatyk. W końcu jaśniej, od siebie, z życzliwości.

- Skończ, bo inaczej. Nie tym, nie ty od tego. Nie z ciebie to, co chcą, a chcą dobrze. Żałosne, ty...  Złudzenie. To złudzenie. To incydent. Idź, zajmij się.

Znowu niejasno, niedobrze, na mdłości.

To ci dopiero Anioł. Nie straszy, dech odbiera. Źle. Tyle, że on od siebie, z życzliwości. Zza piór wyciąga prawdziwy papier, z takiej kieszonki. Ma kieszeń na brzuchu pod piórami kangurzą.

Zobowiązanie, że już nie będę, bo inaczej. Sięgam po długopis, a co mi tam. Faktycznie tabela mówi wszystko. Podpiszę, oszczędzę forsę. Zawsze to coś. No tak.

- Nie, długopisem nie. Krwią trzeba, można z palca. I znowu z kieszeni brzytwę. Ciach na stół. I pióro, takie mniejsze sobie wyrywa, aż syknął.

Coś dziwnie. Jak incydent? I krwią, i język ma czarny, rozdwojony.

- A idźże do maila, mówię. Palca nie będę... Brzytwą!

I poszedł, zniknął. Została brzytwa.

poniedziałek, 20 lipca 2015

8:04 / Strona trzydziesta ósma / Lot ku Słońcu

O wejściu do kościoła nie ma mowy. Obszerne, rozłożone amfiteatralnie schody zapchane tłumem. Wybieramy miejsce w płytkim cieniu szpaleru wybujałych tui. Daleko, ale słychać. Pod stopami zmięta, pożółkła trawa. Wiktor marudzi, że skoro po dziesięciu latach, zdecydował się na mszę, niesprawiedliwe, że nie może się dopchać.

– Naszło się ludu – narzeka.

–Wiadomo, jak trwoga, to do Boga.

Na szczycie schodów, obok wystawionych na zewnątrz głośników, grupa oficjeli. Msza przebiega skupiona i nad żarliwa. Klękają zamiast kucać, jak to zwykle. Nawet śpiewają, podśpiewują wszyscy. Nastrój grozy sprzyja kazaniu, ale proboszcz zawodzi. Dużo przymiotników, bardzo dużo przymiotników, za dużo przymiotników.

- To z nerwów – mówi Wiktor.

Ktoś niewidoczny. Zza tui.

- Cicho tam!

Patryczek ukradkiem, zagląda, podgląda.

- Pan z brodą – szepcze do mnie.

Tamten skupiony, pewnie z religijności chrząka i szura. Czemu się chowa, nic nie widzi, woli cień. A na słońce nie łaska, skoro taki... I nie śpiewa. Zza tui tylko mruczenie, mruczando. Z brodą? Może krasnal – myślę. Nie mogę powstrzymać ciekawości. Krok w tył i drugi w bok. Z brodą. Przecież to ten facet, który wczoraj niósł pomarańczową donicę. Teraz bez donicy. Patrzy na mnie złym okiem.

*  *  *

Po mszy wychodzą i z góry, ze schodów, do wszystkich. Znowu proboszcz. Mówi. Na kościelnym placu wojsko rozbije namioty, gdzie każdy znajdzie schronienie, opiekę medyczną, psychologiczną i duchową. Kolejność mówców nieszczęśliwa. Większość zgromadzonych nie wie o zamknięciu miasta, a tu im szpital.

Potem burmistrz. Łamiący, zdenerwowany apeluje, a głos mu chodzi po rejestrach, skacze.  Apeluje byśmy pomagali, z siłami porządkowymi razem, przestrzegali wszystkich zaleceń i przepisów wydanych w związku. Ale nikt nie wie jakich i ludzie się burzą. Zaczynają dopytywać.

Jak to, że nie wolno wyjechać? 
A od jutra ewakuacja, a gdzie? 
A dlaczego za zgodą? I tak dalej. 

Burmistrz się jąka, łamie. W sukurs, gdzieś spod schodów, z najgęstszego tłumu rozlega się nagle przeraźliwy okrzyk:

- Wydajcie nam karabiny i granaty, sami pogonimy im kota!

Wszędzie rozpoznałbym ten głos. Szturcham Eryka i mówię:

– To pan Stuchlik, ozdoba Koliny i okolic.

Nie zrażony syknięciami, ani apelami, by się przymknął Orzeł z Bernardynki wydziera się jeszcze głośniej. Odwracając uwagę od burmistrza. Jeszcze jego koleżka dodaje mu powagi. Woła:

- Słuchajcie głosu człowieka z telewizji!


17:12 / Strona dwudziesta ósma / Lot ku Słońcu

Ares ociera się o moje nogi. Z dezaprobatą patrzy do swoich misek, zaraz do stołu, bo mielonka. I znowu do misek, jaka mowa ciała. Wyczuwa rozbawienie i hyc na kolana i czarny łepek na ceracie. Odkrawam gruby plaster i kładę przed nim. Kociokwiczeniak łapą i z łupem pod stół, skąd po chwili mlaskanie i mruczenie.

- Żresz, jak prosiak, jak jakiś kałmuk. Przydałoby ci się trochę ogłady – pouczam, a on znowu do misek, znowu zniesmaczony, aż prycha. Jaki biedny kot!

Widzę, dwóch mundurowych podchodzi do debatujących, a Pawełek wskazuje na mój dom. Jacy oni troskliwi!  Wstaję i wychodzę na spotkanie. Ścieżką między krzewami herbacianych róż do niskiej drewnianej furtki, potem na ulicę. Podchodzą. Zauważam, że patrzą niespokojnie, jakoś koso. Dociera do mnie, że trzymam ten cholerny nóż.

- A, jadłem akurat kolację – mówię.

- Po ciemku pan jadł? – dziwi się wyższy, rudy policjant i pyta, czy mogą wejść?

- Oczywiście, ale u mnie wszystko w porządku, siostra śpi, nie chciałbym jej niepokoić.

- Może jednak wejdziemy – upiera się rudy, wyraźnie zaniepokojony widokiem ostrza połyskującego w świetle latarni.

- Może jednak, nie! – Niespodziewanie dla samego siebie podnoszę głos. – Jestem świadkiem w sprawie tego mordu, pół dnia spędziłem na komendzie i chcę teraz spokojnie odpocząć. Macie sprawdzać bezpieczeństwo mieszkańców. Rozumiem. Powiem wam coś. Gdybym miał karabin, wyszedłbym przed dom z karabinem. Chyba wiecie, co się dzieje. Dla spokoju zaświecę lampę, ok.?

Niższy, jasnowłosy, aby zapobiec bezsensownie rodzącej się sprzeczce, uspokajającym gestem powstrzymuje wymianę zdań i pyta o dom na Garbarskiej.

Pod trójką, w nieotynkowanej piętrówce mieszkają Michalakowie. Dziwne, że tam jest cicho i ciemno. To liczna, nie cicha rodzina. Trzy pokolenia, dziewięć żwawych osób. Najmłodszy jeszcze chodzi do szkoły.

- Są... – szukając słowa, wykonuję ostrzem noża ruch, odwzorowujący znak oznaczający nieskończoność.

- Sprawiają kłopoty? – pyta rudy.

- Jeśli ktoś ceni sobie spokój i ciszę...

Po ich odejściu wracam do domu. Zapalam światło w przedpokoju, niech mają, drzwi na zasuwę i z powrotem do stołu. Talerzyk pusty. Świeci, bo ktoś wylizał. Ares śpi na parapecie. Pociągnięty za ucho przeciąga się rozdzierająco. Drapię niewinne stworzonko za uchem. Kot odpowiada mruczeniem. Komórka odzywa się na lodówce. Dzwoni Jacek. W tym zamieszaniu zapomniałem wpaść do niego. Na Długiej polała się krew. Czuję, że chce o czymś mówić, ale nie jest sam i nie może. Po co dzwoni, w takim razie?

- Jutro, wpadnę do ciebie. Jutro przed południem. Na sto procent – mówię. Może wezmę ze sobą Artura, ok.?


- Jasne – odpowiada. 

13:12 / Notatka


- Jutro będzie dzień środka czasu. Od wielkiego wybuchu minęło czternaście miliardów sześćset czterdzieści milionów osiemset dwadzieścia tysięcy pięćset czterdzieści lat, sześć miesięcy i czternaście dni. Jutro jest dzień środkowy. Potem pójdzie z górki.

- Co pójdzie z górki? Uszom nie wierzę, co wymyślił.

- Czas!

- Co ty pleciesz, jak to obliczyłeś?

- Na komputerze, dane wyjściowe to podstawa. – Ma minę nietęgą. Myślał, że zakrzyknę, może w uniesieniu. Coś mamrocze.

- Czternaście miliardów z kawałkiem, czy wszechświat to guma od majtek? – Zły jestem, że w takie się wdaję rozmowy. Obliczył. Dobre sobie, a kto to sprawdzi?
Jakby słyszał moje myśli.

- Margines błędu nie szerszy niż miliard lat. – Uśmiecha się.

Jakbym go trzasnął! Ale on umiera na raka. Moja cukrzyca przy jego raku to bal debiutantek. Chorego trzaskał nie będę. Umierającego. On znika. Już połowa człowieka. Zniknie w trumnie, przykryją go kwiatami, różańcem, świętym obrazkiem. Ateistę zniszczą w zwłokach pogodzonych ze wszystkim, z tym jego wszechświatem.

- I co dalej? – pytam.

Wznosi oczy ku niebu, jakby z idiotą. Jakby z idiotą rozmawiał.

- Co dalej? Boga się spytaj, on wie.


Odchodzi, coraz mniejszy i mniejszy. Kroki cichsze i cichsze. Zapach człowieka wiaterek rozwiewa tak szybko, że nawet psi nos jest bezradny. Środek czasu we wtorek? Dobre sobie.

niedziela, 19 lipca 2015

6:25 / Strona siedemnasta / Lot ku Słońcu

Stoi na szeroko rozstawionych nogach, pistolet trzyma w opuszczonej ręce lufą ku podłodze. Patrzę mu w oczy. Chwila ulgi. Wojnicz chaotycznie o kimś za zablokowanymi drzwiami, o smrodzie, warczeniu, o tym jak strzelał, i że najpierw celował nisko. W nogi. Przerywa i uzbrojoną dłonią zakrywa sobie usta.

- Ten... To zabiło Ławę! Kurwa, on krzyczał, a ja nic nie mogłem zrobić.

- A skąd ... ?

- Zamknąłem gnoja, spił się. Awanturował w sklepie. Makaron zrzucał...

Gruza wie, co robić. Zmusza młodego, by schował broń i usiadł, a potem cały czas celując w wylot schodów prowadzących na parter, gdzie mieści się areszt, wzywa przez komórkę wsparcie.

- Kiedy? – pytam.

- Ze trzy, cztery minuty temu, drzwi zablokowało, nie mogłem wyjść  – jąka Wojnicz.

- Kto to był i gdzie jest? Nikt nie wychodził.

- Melduj, że jest kolejny trup. W parku. Ten telefon...

Schodzę na dół. Cisza. Nie śmierdzi. W korytarzyku. Ostrożnie. Wszystkie drzwi otwarte na oścież. Zaglądam do kolejnych cel.

- Tutaj jestem, panie władzo! – Słyszę, że w ostatniej, ktoś wstaje z pryczy, potem kilka zdecydowanych kroków i na korytarzu pojawia się Ława. Każę stanąć pod ścianą i zaglądam kolejno, sprawdzam. Wszystkie puste.

Stanisław Ława stoi pod ścianą nonszalancko opierając dłonie na biodrach i uśmiecha się.

- Nie musi pan szukać. Już go nie ma. Odszedł. Spóźnił się pan. Był u mnie, ale odszedł.

- Kto tu był?
- Był u mnie. Specjalnie przyszedł do mnie, do mnie, do nic nie znaczącego człowieka. Pocieszył mnie, uzdrowił i uwolnił!

- Kto tu do kurwy nędzy był, co ty...?

- Byłem strapiony, rzucony do lochu, opuszczony przez bliskich, chory na raka...

- Na jakiego raka? Uspokój się i powiedz, kto tu był?

- Oczywiście, że diabeł!  Mogę już iść do domu?


12:05 / Notatka

12:05
Zwiedzam ogródek. Sam na tym piaseczku. Jaka tam gleba, przecież to w ogóle... Ale studnia płytka. Wiadro spuszczam, podlewam, to rosną. Dzisiaj spokój, bo ulewa, ale jutro? Jak ta ziemia łakoma. Na mnie czeka? 
Zje mnie, o ile nie padnę całkowicie i państwo mnie nie spopieli, jako...  Ale z takiego powodu się spieszyć?

Żeby to mieć chociaż pewność, że raz, na dobre w nieskończoność, albo jak ten chwast, nie do pozbycia. Truję, szarpię, wyrywam, miażdżę, a on silny zielony się pleni. Z korzonka, cząstki, w ciemności, nie do pokonania. Człowiek. Ja. Ale do czasu, dopóki świat działa. Czas. To wszystko się bierze ze Słońca. Taka siła. Obiorę kalarepę i zjem, a zaraz potem wracam  do pisania.
Gdzież tam, do pisania! 
Dzieci wracają z pobytu, wnuki nawet. 
Skąd u mnie, takiego młodego, wnuki?

I kocyk pod orzechem. Żona przebolała, chociaż żółty. Poduszka, papierosy, woda mineralna donoszona z piwnicy. Czytam szwedzki kryminał. Nawet latem potworny. Sztokholm, Hiszpania. 
Tu, tamtędy i owędy. Narkotyki, morderstwa i dziennikarka szmatławca. Szef upierdliwy, koleżanki zdradzieckie. Bohaterka się miota, ma chcice. Były mąż, kochanek. Wszędzie napięte mięśnie, telefony komórkowe, krewetki, morze, Gibraltar. 

W końcu bohaterka idzie do kibla szczać. Telefon. 
Przerywa szczanie. 
Zapina portki. Rozmawia. 
Znowu szcza.
To za wiele.

Będzie z tego film, a potem amerykańska wersja, bez szczania.

9:05 / Strona dziewiąta / Lot ku Słońcu

Przeczucie mnie nie myli. Jest nasze osiedle! Domy jakieś takie. Sklep. Ludzie przed sklepem nie ubrani, jak trzeba. Nawet nie brzydcy, ale charakterystyczni dla prowincji. Jakby ktoś wybrał, dostarczył ich na miejsce, ustawił. Zniknęły, gdzieś przepadły butelki z piwem. Tylko Stuchlik nie pasuje. Gładzi się po hiszpańskiej bródce. Kamera go kocha. Kamera mu nadskakuje, ale musi zaczekać na swą kolej.

Geesowskie sklepy mają tęczę, jako logo. Rozmowy z tubylcami, z braku palmy pod tęczą.

Nie mogę powstrzymać wybuchu śmiechu, gdy na ekranie pojawia się łysy dziadek. Teściowa twierdzi, że to stary Przybył. Dziadek uzmysławia widzom, że dobrze nie będzie, że panuje nieporządek i każdy pcha się po trupach do władzy. Dziadek wzdycha i macha zrezygnowany ręką. 

Tak dziwna wypowiedź świadczy o tym, że program jest nadawany na żywo.

Kaśka ze sklepu uśmiecha się do kamery, ale mówi, że jest przerażona i że takie rzeczy nie powinny się dziać w Wielkopolsce. Teraz śmiejemy się wszyscy.

Nieznana nam pani o wyglądzie osowiałym oświadcza, że ludzie są zaniepokojeni, że wszyscy o tym mówią i w ogóle... Pracę policji ocenia bardzo wysoko. Wreszcie w oku kamery pojawia się Stuchlik.

- Sądzę... – Stuchlik zawiesza głos i dla zwiększenia efektu gładzi się po łysinie.

- Sądzę, że wszyscy powinniśmy się bać. Albowiem dziś w nocy objawił mi się Anioł i rzekł: - Oto Szatan rzucił zatrute ziarno w żyzną glebę ziemi...

- Proszę go nie słuchać, pijany jest! – Ktoś z tłumu nie wytrzymuje. Zawsze znajdzie się indywiduum, które kosztem bliźniego chce podlizać się władzy.

- ... tej ziemi – Stuchlik niezrażony unosi wskazujący palec w kaznodziejskim uniesieniu.

– I oto przychodzę wyplenić chwast, który wyrósł, by zagłuszyć kłosy sprawiedliwych.

Widać, że dziennikarka się waha, czy nie przerwać rozmowy, ale pokusa wysłuchania łysego proroka przeważa.

- I rzekł Anioł, zwracając się do mnie, wstań zacny wieśniaku i wyjdź przed swą chatę! – Otaczający Stuchlika ludzie śmieją się nerwowo.

– I wyszedłem posłusznie za próg mej chaty, a wyszedłszy ujrzałem w szarości poranka światło. Słup światła nad lasem. Odziałem się pospiesznie w swe najlepsze szaty i wyprowadziłem z szopy wierny rower, albowiem chciałem pojechać, tam, dokąd wzywał mnie znak. Niestety w tylnym kole nie miałem powietrza, a pompka przepadła!

- Proszę go nie kamerować, przecież on to wszystko zmyśla! Anioł mu się ukazał... taki wstyd!

- Jak państwo słyszeli przed chwilą, emocje wśród mieszkańców miasteczka są bardzo, bardzo... – duka speszona dziennikarka, niepotrzebnie martwiąc się, że wpuściła przed kamerę łysego typa. Martwi się niepotrzebnie, ponieważ realizator dołączy do czołówki kolejnych relacji występ łysego w granatowej koszulce, gdy ten ze wzniesionym ku niebu palcem woła w uniesieniu:

- I oto przychodzę wyplenić chwast, który wyrósł, by zagłuszyć kłosy sprawiedliwych!


sobota, 18 lipca 2015

4:36 / Strona pierwsza / Lot ku Słońcu

04:36

Obudziła mnie ulewa. Do pracy. Oczy bolą, kleją się, a trzeba. Bez smaku to pisanie. Nawet ptaszki jeszcze cicho. Samochody cicho. Gdzieś daleko kogut. O, drugi. Też nieśmiało, jakoś zwiędle. Toć niedziela! Lipiec! Nie martwcie się, nie myślcie o rosole, wy miejskie, wy ozdobne!
Śmielej golińskie koguty. Jest trzeci, ale karmazyn sąsiadów śpi jeszcze, bo ten jak się wydrze. Teraz psy, te nocujące na dworze. Też nieśmiało, głucho, daleko. Deszcz ustał. Znowu cisza. Dom w przewiewach. Ale ciemno jakoś. Niewygodnie, bo pisać trzeba to samo i to samo, i w końcu, ile razy można zaczynać.
W pierwszej osobie. Fantastyka, albo literatura faktu dla tych, którzy pamiętają, ale nie ma takich. Zadbałem o to.


Psy wszędzie, sny prorocze


- Kurwa!
 Ale, kurwa, pojebany sen – dodaję, siadając w pościeli.

- Nie wyrażaj się – karci mnie żona i śpi dalej. Taka czujna. Gdybym powiedział coś ładnego, najwyżej mruknęłaby. Chcę to sprawdzić, ale do głowy nie przychodzi mi żadne ładne słowo, które mógłbym wykrzyczeć. Rzucam się na wznak, zamykam oczy i dla rozrywki próbuję przywołać przeżyte we śnie okropności. Nic z tego. Już wyblakły. Odpływają. Patrzę na zegarek. Jest ósma trzynaście.  

Firana zalotnie faluje w otwartych drzwiach balkonu. Spoglądam na nagie ramię żony i próbuję bez przekonania, wkraść się w jej łaski. Odpycha mnie, mrucząc gniewnie. Nie tak drzewiej bywało. I zaraz strata. Mógłbym zacząć powieść od sceny erotycznej, zaciekawić potencjalną czytelniczkę swoją potencją. Może nawet pójść w kierunku romansu, zrobić się księciem, brylować w pałacu. Przybrać żeński pseudonim. Kobiety czytają więcej i dokładniej. Kobiety wybierają książki do bibliotek. Kobiety szpanują oczytaniem. Mężczyźni w obcisłych, świecących majtkach latają pod chmurami, jako super bohaterowie. Jeszcze, dla dzieci, dla niedojrzałych, niesamodzielnych.


No dobra, wstaję. Nie po to kupiliście książkę, na obwolucie której, wydawca nasmarował, że jest fantastyczna, by narrator wylegiwał się w łóżku i marudził. Nawet w sobotę. Nawet na urlopie. Wychodzę na balkon, ale szybko się cofam. Sąsiadka niesie kosz z praniem. Już, tak rano....