O tak, zwierzyny tutaj mnóstwo. Nie zna człowieka,
patrzy niepłochliwie, dziwi się. Na razie tylko sarny, dziki, jelenie, ale i drapieżniki być muszą. Aza przy nodze,
na smyczy, bo już się puściła za sarną. Jeszcze ten czarny labrador przybłęda.
On z kobietami, podkarmiony i wielce łaskawy. Też na sznurku wiedziony w
nieznane.
Przed nami wzniesienie, poczesna dębina. Drzewa ogromne,
rozłożyste. Tam odpoczniemy. Jedna rzecz, że tu żadnego pagórka nigdy nie było,
ale jest. Nie ma za to rozlewisk, ani Warty, a powinny być. Ale najpierw trzeba
się przebić przez gąszcz. Zatrzymujemy się, czekamy aż dojdą. Damy chwilę
odpoczynku. Już są wszyscy. Mówię, że tam, na wzgórzu spędzimy noc, rozejrzymy
się wreszcie po okolicy.
Siadamy w trawie. Odpoczywamy. Najgorzej z tą wodą,
ale dopiero piętnasta. Jedni rozłożą obóz, inni pójdą, poszukają. Patrzę po
twarzach. Różnie to wygląda, ale nastrój niezły, bo dzieci, bo psy, starsze
panie. To jakoś tak rodzinnie, wycieczkowo. Nawet śmiechy. To dobrze.
- Pugu! Pugu! – z chaszczy. Głos męski, znajomy. Ale
się wybrał dowcipnie.
- Kto tam? – nie mogę się powstrzymać.
- Stuchlik z ługu! – No jasne, któż by inny.
Wyłażą całkiem roześmiani, bo on nie sam. Stuchlik,
dwie dziewczyny z miejskiej biblioteki i całkiem mała dziewczynka. On czysty,
ale te umorusane, jak nieboskie stworzenia. Witamy się, kobiety do tamtych,
Adam do nas.
- Wyciągałem je z bagna, takie nieusłuchane, że
strach! Bo tam jest bagienko niewielkie, trzeba będzie obejść, chcieliśmy na
wzgórze.
- Wy tak, bez niczego, na wycieczkę? – pyta Artur.
Stuchlik patrzy na rozłożone w trawie sterty naszego
bagażu. Liczy, szacuje. W końcu się uśmiecha.
- Zaś tam, bez bagażu. Od wczoraj noszę, nosiliśmy z
pannami. Dlatego tak wolno. Z kupki na kupkę. Jak się wreszcie na tym wzgórzu
walnę to zakimam, jak suseł. A wy pewnie pod wpływem chwili, bo broni jak na
wojnę. Ja też mam! – Odchyla kurtkę i pokazuje glocka w uprzęży.
- Dostałem od Kwiecińskiego, jeszcze karabin i dwa
półautomaty dla panienek. A siekiery macie?
Patrzymy po sobie, że nie.
- A ja mam siedem, pięć trzeba oprawić, ale są. A
tabletki do uzdatniania wody? A sprasowane, wysokoenergetyczne wojskowe porcje?
A łuk bloczkowy i sto dwadzieścia strzał? A brzytwy? A opatrunki, antybiotyki,
koce?
- Lekarstwa tak – wchodzę mu w słowo – Najgorzej z
wodą...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz